Tags: 2F

Drama o odnosu majke i kćeri, bazirana na novinskom članku. Siromašna majka, za koju se njena kćer Ajša odbila brinuti nakon što je počela zarađivati kao prostituka radi manipulacije koju je ova provodila nad njom cijeli život, tijekom dugačke svađe s Ajšom baca kćeri kiselinu u lice, uništavajući joj život i ljepotu.


GODINA: 2004.

BROJ ŽENSKIH LIKOVA: 2

LIKOVI NEODREĐENOG SPOLA: 1 + MUŠKI GLASOVI

PRIJEVOD: GABRIELA ABRASIEWICZ i BERENIKA NIKODEMSKA

AUTORSKA PRAVA: Sva prava pridržana.



POSTACI:
MATKA
AISZA
ZW?TPIENIE
&
G?OSY




WIADOMO?CI


Nowy Jork 35-letnia Amerykanka zosta?a oskar?ona o zabjstwo m??a, ktrego pobi?a, a nast?pnie zar?n??a swoim pantoflem na cienkim i wysokim obcasie donosi brookly?ska policja. Nieszcz??nik zmar? wczesnym wieczorem na skutek ci??kich obra?e? klatki piersiowej, g?owy, tu?owia i szyi.


Ancorage 44-letniemu m??czy?nie podczas interwencji chirurgicznej przyszyto penisa, ktrego po k?tni i seksie na zgod? odci??a mu by?a ?ona, po czym wyrzuci?a narz?d do muszli klozetowej i spu?ci?a wod?. Na wezwanie policji pracownicy pogotowia hydraulicznego zdemontowali muszl? i zdo?ali odnale?ć amputowanego penisa.


Stambu? Kobieta i m??czyzna przebywaj?cy w tureckim wi?zieniu wykopali dziur? mi?dzy celami, aby uprawiać mi?o?ć, wynikiem czego by?a ci??a i pord. Za niszczenie mienia pa?stwowego zostali skazani na kar? dodatkowych 4 miesi?cy pozbawienia wolno?ci


Hong-Kong Lekarze walcz? o ?ycie 23-letniej kobiety. Podczas k?tni matka obla?a jej twarz kwasem solnym. Jako powd sprawczyni poda?a zaniedbania ze strony crki, ktra pracuj?c i zarabiaj?c na siebie jako prostytutka, nie zapewni?a matce finansowego i emocjonalnego wsparcia.


WKRTCE


MATKA:

Wkrtce. B?dziesz pi?kna. Urodzisz si? z ?atwo?ci?. Jakby? wiedzia?a, ?e cudownie b?dzie ?yć. Kiedy wynurzysz si? ze mnie, u?miechn? si?. Mj u?miech zostanie na twojej twarzy.

Wkttce. Dwie, ale takie same. Ty i ja. B?d? na ciebie patrzeć, nawet gdy b?d? spać. Pod moim okiem nic ci si? nie stanie. B?dziesz tylko ros?a. B?d? ci? trzymać pod r?k?. Utrzymywać rwnowag?. Uczyć ci? chodzić troch? ponad ziemi?. B?dziesz niepokonana. Nie b?dziesz si? ba?a. Dok?d nie pjdziesz, b?d? si? za tob? skradać, cicho i nie?mia?o. Niepostrze?enie. W stanie gotowo?ci. Za twoimi plecami.

Wkrtce. B?d? ci? nosić na r?kach. Mj kruchy skarbie. B?d? ci? strzec od ch?odu, niepokoju i z?a. ?pij. Bystre spojrzenie, du?e oczy. D?ugie kroki. Przypiecz?towany los pe?en szcz??cia. Wkrtce.

ZW?TPIENIE


ZW?TPIENIE:

Czy kiedykolwiek w?tpisz?


MATKA:

Nie.


ZW?TPIENIE:

Nigdy, nawet gdy wierci si? w twoim brzuchu i kopie n?kami? Zastanawiasz si?, czy da sobie rad??


MATKA:

Da rad?.


ZW?TPIENIE:

Musi dać sobie rad?. Zrobi to dla siebie i dla ciebie. Ty przecie? nie da?a? rady.


MATKA:

Nie da?am! Teraz wiem jednak du?o wi?cej, ni? kiedy?. Wska?? jej w?a?ciw? drog?.


ZW?TPIENIE:

To jedyny sposb, ?eby zosta?a Kim?. Ale co ty mo?esz o tym wiedzieć? Nic przecie? nie masz.


MATKA:

Kiedy? mia?am. Porcelanow? cer?, doskona?e nogi, m?odo?ć, ?wie?o?ć.


ZW?TPIENIE:

A teraz... Spjrz na siebie. Masz obwis?? skr?, ??te z?by, rozty?a? si?. Nic ju? nie masz.


MATKA:

Ona b?dzie m?drzejsza ode mnie. Wykorzysta wszystko, co ma. Musi stać si? doskona?ym produktem i sprzedać sam? siebie. Sukces to s? pieni?dze.


ZW?TPIENIE:

Mo?e s? jakie? inne sposoby?


MATKA:

Ja wiem najlepiej, ?e nie ma. Prbowa?am.


ZW?TPIENIE:

A czy ona mog?aby sprbować?


MATKA:

Sprbować i pope?nić b??d? ?ycie jest tylko jedno. Musi mieć cel i być konsekwentna. Je?li nie chce sko?czyć...


ZW?TPIENIE:

Jak ty.


MATKA:

Jak ja. Z niczym, sama jak palec. Ale co ty o tym wiesz? ?yjesz sobie wygodnie zn?caj?c si? nad innymi.


ZW?TPIENIE:

Jestem zw?tpieniem. Ja tu jestem od zadawania pyta?.


WSP?CZESNO?Ć MATKO, TY JESTE? WINNA


?wiat?o.


AISZA:

Kiedy? by?am pi?kna. Kiedy? by?am ?ywa. Jeszcze niedawno by?am Aisz?. Teraz jestem nikim.


MATKA:

Jestem nieee win naaa!


AISZA:

Jeste? winna, matko. Nie jeste? matk?. Jeste? krokodylem. Nie mam ju? matki. Ona mnie urodzi?a i ona zabi?a. Moja skra jest poparzona. Wypali?o mi oczy. Mi??nie zanik?y. Nigdy wi?cej nie prze?yj? nami?tno?ci. M??czy?ni ju? dla mnie nie istniej?. Znowu mog? tylko czuć po??danie i pot zlepionych cia?. Jego paznokcie drapi? i zostawiaj? czerwone pr?gi na skrze. Pogryzienia i ?lady na moim brzuchu i brudnych prze?cierad?ach s?ono-gorzkiego ??ka. I poca?unki, i nasza nieistniej?ca mi?o?ć, ale wtedy by?am przynajmniej wtedy przynajmniej by?am ?ywa. Za ka?dym razem, kiedy le?a?am na plecach i patrzy?am na jego ow?osione ramiona, jak trz?s? si? w rytm dewastacji mojego cia?a, widzia?am ?wiat?o.

Tysi?ce ?wiate?. Czerwone i ??te b?yszcz?ce ?wiat?a wielkich miast. Metaliczny b?ysk dopiero co wzniesionych budynkw. Niebiesko-czarne niebo. ?wiat?a reflektorw w dyskotekach. Tupanie tysi?cy ng.

Ta?cz? i skacz? i ta?cz? i skacz? i ta?cz? i skacz? i ja skacz? z nimi. Rozbijam g?ow? szk?o na setnym pi?trze odrapanego wie?owca, i lec?, wlatuj? prosto mi?dzy nich i oni wyci?gaj? do mnie r?ce, witaj? si? ze mn?, wyrywaj? mi mi?so, i ja si? ?miej?, wyj? ze szcz??cia i jestem ?ywa, ?ywa, ?ywa, ?y-wa!!!


MATKA:

Mog?a? zostać tutaj.


AISZA:

Nie mog?am tu zostać. Zamkni?ta z kim? takim, jak ty, kto mwi, co mam robić i dok?d i?ć, dok?d nie chodzić albo jak wielki krok mam prawo zrobić.


MATKA:

Chcia?am, ?eby twoje ?ycie by?o drog?, ktra prowadzi na sam szczyt.


PRZESZ?O?Ć LEKCJA


MATKA:

Wci?gnij brzuch. Jak ty stoisz? Wyprostuj si?.


AISZA:

Nikt na mnie nie patrzy.


MATKA:

To musi wej?ć ci w krew. Bez wzgl?du na to, kto patrzy. Zawsze masz być taka. Pi?kna. Atrakcyjna. Poci?gaj?ca.


AISZA:

Przecie? teraz ju? jestem atrakcyjna, prawda?


MATKA:

Ale jeste? g?upia, moja ma?a. Przed tob? jeszcze d?uga droga. Chodzisz jak kulawy bocian. I wstydzisz si? porz?dnie wystawić cycki.


AISZA:

Nie wstydz? si?.


MATKA:

Wstydzisz si?. Ale i to minie. Musisz poćwiczyć. Szcz??ciu trzeba pomc. Krew. Pot. Ci??ka praca.


AISZA:

I co wtedy?


MATKA:

Wtedy b?dziesz mog?a wszystko. B?dziesz mog?a wybierać, jak chcesz ?yć. Wzi?ć wszystko, czego zapragniesz. To, co ci si? nale?y.


AISZA:

A co by by?o, gdybym nie by?a pi?kna?


MATKA:

Nic. Nikt by na ciebie nawet nie spojrza?. Wiecznie by?aby? g?odna i zajechana.


AISZA:

Wygl?da na to, ?e ty du?o nie ćwiczy?a?.


MATKA:

Ma?y bezczelny szczurze. A kto mwi, ?e nie ćwiczy?am?


AISZA:

To dlaczego tu wyl?dowa?y?my?


MATKA:

Wypadki chodz? po ludziach. Fatalne spotkanie z twoim tat?. Widzisz, jak? masz dobr? matk?. Wszystko ci wyja?ni?am zawczasu. Mam nadziej?, ?e nie b?d? musia?a niczego powtarzać.


AISZA:

A kiedy b?d? mog?a w ko?cu wyj?ć?


MATKA:

Gdy b?dziesz gotowa. Gdy staniesz si? gotowym produktem. Towarem bez wady. B?dziesz ?y?a swoim cudownym, pi?knym ?yciem. Wszyscy lubi? ?adne rzeczy. Szkoda, ?e s? takie drogie. Szkoda, ?e my ich nie mamy. Jak ci si? wydaje, ci, ktrzy daj? jedzenie g?odnym, te g?upki, naprawd? nie wiedz?, ?e nikt si? tym nie mo?e naje?ć? Nie wiedz?. Nie wiedz?, co to prawdziwy g?d. Szk?o. Blask. Diamenty. Szk?o. Blask. Diamenty. Szeleszcz?ce, szeleszcz?ce... Szszszsz. Ka-sa. Umar?abym, gdybym musia?a patrzeć, jak cierpisz. Kocham ci?.


AISZA:

Ja te? ci? kocham.


MATKA:

B?dziesz pos?uszna?


AISZA:

B?d?.


MATKA:

Boj? si?.


AISZA:

Ty? Czego?


MATKA:

A co, je?li mnie zostawisz?


AISZA:

Nie zostawi? ci?. Ty te? mnie przecie? nie zostawi?a?.


MATKA:

Matki nie zostawiaj? swoich dzieci. Zawsze by?y?my razem. We dwie.


AISZA:

My dwie i nikt inny.


MATKA:

A potrzebujesz jeszcze kogo?? Przykro mi. To nie przejdzie. Przygotuj si?. Ka?da kobieta, ktra si? do ciebie zbli?y, b?dzie ci? chcia?a zabić. Ka?dy m??czyzna, ktry si? do ciebie zbli?y, b?dzie ci? chcia? jebać. Nigdy nie b?dziesz mia?a przyjaci?. Ale zawsze b?dziesz mia?a matk?. I wszystko, czego dzi? jeszcze nie masz. W ?rodku tej ba?ki stoi kolumna, nies?ychanie wysoka i nies?ychanie mocna. Si?ga do samego kosmosu. Jest zbudowana z tego, co mo?esz sprzedać i z tego, co mo?esz kupić. K-A-S-A.


PRZESZ?O?Ć ZABAWA ?ADNYCH CH?OPCW


MATKA:

Oni nie s? lepsi od ciebie. Nie daj si? zbić z tropu. B?d? dla nich mi?a. Niech ci? pokochaj?.


AISZA:

Nie musz? mnie kochać. Niech p?ac?.


MATKA:

B?d? p?acić, ale zrb im dobrze. Musisz ich zadowolić. I przyzwyczaj? si? do ciebie. B?d? ci? potrzebować jak powietrza. Jak wody i ?wiat?a. Masz moc i mo?esz nimi dyrygować. Jeste? przepi?kna. Poka? im z?by. Ugry? ich, delikatnie. Niech pocieknie troszk? krwi. B?d? ci? cenić. A gdy ktry? si? w tobie zakocha, poznaj si? na nim. Spjrz mu g??boko w oczy. B?d? ?lepe, m?tne i wilgotne. We? go za r?k?. Poprowad?. Niech b?dzie mi?y. Niech ma wszystko, czego ty nie masz. I niech ci? ju? zawsze kocha.


AISZA:

Jestem g?odna.


MATKA:

Tam jest jedzenie. Gotowa?


AISZA:

Gotowa.


Matka wypycha Aisz? na zabaw?.


G?OSY ?ADNYCH CH?OPCW:


- Okropne wino

- Chujowa impreza.

- Chod?my gdzie? indziej.

- No to chod?my. Nie. Poczekaj. Patrz.

- Gdzie? Co?

- Tam.

- Mmmm. Niez?a. Zostajemy?

- Mo?emy zostać. Spjrz na ni?. I co? Jak patrzy przed siebie...

- Stary, normalnie wy?o?y?bym j? na st? i ?ci?gn?? gacie.

- Naprawd? jest s?odka. I wystraszona.

- Co, staje ci na widok tych wystraszonych?

- Ona si? niczego nie boi. Jest po prostu pocz?tkuj?ca.


MATKA:

Wszystkiego si? ju? uczy?y?my! Wyprostuj plecy. Podnie? g?ow?. Odwzajemniaj spojrzenia. Ich z?by b?yszcz? w ciemno?ciach! Chc? ci? zje?ć! Ostro?nie! ?aden z nich nie mo?e ci? znale?ć na swoim talerzu! Wtedy nikt nie b?dzie ju? na ciebie polowa?! Oni ci? pragn?. Patrz? na ciebie. Patrzcie sobie! Najpi?kniejsza!


AISZA:

Pi?knie tutaj! B?yszcz?co i l?ni?co! To to jest mj ?wiat! Tu w?a?nie pragn? być! Wszyscy tego pragn?, absolutnie wszyscy! A ja, ja tu jestem. Ja!


ZW?TPIENIE


ZW?TPIENIE:

Czy kiedykolwiek w?tpisz?


AISZA:

Nie.


ZW?TPIENIE:

Nawet w nocy? Gdy nie mo?esz zasn?ć? Zastanawia?a? si? kiedy?, czy s? jakie? inne sposoby?


AISZA:

Nie. Wiem, co robi?.


ZW?TPIENIE:

Zastanawia?a? si?, jak daleko mo?esz si? posun?ć?


AISZA:

To akurat wiem. Do ko?ca.


ZW?TPIENIE:

A co b?dzie, je?li ju? si? zm?czysz?


AISZA:

Nie zm?cz? si?. Nie robi? tego z byle powodu.


ZW?TPIENIE:

My?lisz, ?e zawsze b?dziesz mia?a t? pewno?ć?


AISZA:

A ty jak my?lisz?


ZW?TPIENIE:

Ja jestem zw?tpienie. Nie musz? my?leć. Ja tylko pytam.


AISZA:

Wydaje ci si?, ?e przez ciebie i ja zw?tpi?.


ZW?TPIENIE:

Nie. Jestem tu, ?eby wypowiadać na g?os. To, o czym tobie zdarza si? pomy?leć. Wierci?a? si? w ??ku, prawda...? Zakrywa?a? g?ow? poduszk?, poci?a? si?, zastanawia?a?, rozmy?la?a? i serce ci ?omota?o... ?up ?up ?up ?up... Mo?e jest jakie? inne rozwi?zanie? Jaka chcia?a by? być, kiedy doro?niesz?


AISZA:

Chcia?abym być szcz??liwa. I najedzona.


ZW?TPIENIE:

A mo?e ty b?dziesz czyim? mi?sem? Przysmakiem swojego domowego zwierz?tka. Przejebane. Nie boisz si? staro?ci? Wyschniesz na wir. J?zyk wyci?gnie ci si? do pod?ogi. B?dziesz j? lizać. I gwna na niej te?. I kurz. I ziemi?. Umrzesz z przekle?stwem na ustach. Czy my?lisz, ?e tobie to si? nie mo?e przytrafić? My?lisz, ?e jeste? taka wyj?tkowa?


AISZA:

Czy ty masz oczy? Spjrz na mnie! Spierdalaj, m?dralo. Id? zawracaj g?ow?. Jakim? innym kretynkom.

PRZESZ?O?Ć O IDEALNYM ZWIERZ?TKU DOMOWYM


MATKA:

Aisza?


AISZA:

Co?


MATKA:

Tak sobie my?la?am.


AISZA:

Tak sobie my?la?a?.


MATKA:

O tobie. Jeste? ju? doros?a. Jak ten czas szybko leci.


AISZA:

Starzejesz si?.


MATKA:

Ty rwnie?. Najwy?sza pora. Musisz zabezpieczyć swoj? przysz?o?ć. Urz?dzić si? jak najlepiej. Znale?ć najlepsze zwierz?tko domowe, jakie istnieje. ?eby ci? strzeg?o i pilnowa?o, pie?ci?o i ca?owa?o.


AISZA:

Dlaczego teraz?


MATKA:

P?niej mo?esz si? zm?czyć, zrezygnować i b?dzie ci wszystko jedno. Mo?esz zniedo???nieć. Zwi?dn?ć. Twarz ci poszarzeje. Albo wypadn? w?osy. A skra zmieni si? w skrk? pomara?czy. Zgnij? ci z?by, a twj oddech b?dzie ?mierdzieć. Zabezpiecz si?. Wyjd? za m??.


AISZA:

Dopiero zacz??am ?yć. Mam si? uwi?zać?


MATKA:

Przywi?? si? tylko. Nic nie tracisz. Zyskujesz wszystko. Teraz, Aisza, kiedy jeszcze mo?esz, zrb to. Dla siebie. Dla mnie. Pami?tasz? TY odpoczywa?a?, JA pracowa?am. JA si? m?czy?am. MNIE bola?o. TY spa?a?. Beztrosko spa?a?. JA si? o nas troszczy?am. SAMA. JA. Sama. Teraz twoja kolej.

PRZESZ?O?Ć TRZYSTA SZE?ĆDZIESI?T STOPNI CIEP?A


AISZA:

Nawet nie wiem, jak wygl?da. Pewnie jak ka?dy inny. Nic go nie b?dzie wyr?niać. Poza wyrazem twarzy, kiedy mnie zobaczy. Kiedy ja go zobacz?. Po?piesznie b?d? rozmy?lać. Jak mam ci? uwie?ć? Nie jestem niewinna. Ani tylko twoja. Ale wiem, ?e nigdy mnie nie b?dziesz os?dzać. Przytul? ci? bia?ymi r?kami do twardych piersi. Obejm? ci? g?adkimi, matczynymi nogami, b?d? ci ?ciskać ?ebra, dopki nie zabraknie ci tchu. Nasze dni niczym ziarenka piasku w wielkiej klepsydrze b?d? si? powoli przesypywać.

Boj? si? być sama. Noc?, w ??ku, mroku. Spocona, niema, pusta. Sny, nocne mary. Ro?lina mi?so?erna. Zjada mnie od ?rodka. Wejd? do mojego pokoju. Pochyl si? nad ??kiem, kiedy ?pi?. Ko?ysz mnie na r?kach. Trzysta sze?ćdziesi?t stopni ciep?a. Prosz? ci?. Nigdy wi?cej ci? o nic nie poprosz?. Zjaw si?. B?d? ci? uwodzić i uwiod? ci?, b?d? ci? nagiego ca?ować, posiadać, kochać i strac? ci?.


TERA?NIEJSZO?Ć NA RINGU


AISZA:

Mia? jasne oczy. Mia? twarz dziecka. Ani troch? nie wydawa? si? z?y. Idealne zwierz?tko domowe.


MATKA:

?le si? zacz??o.


AISZA:

Wszystko od pocz?tku. Urodzona by grać w z?ych sztukach. ?o?e ma??e?skie na ringu bokserskim. JA, ja, a nie TY, ja tam by?am. Ciosy lecia?y w moj? twarz! Oklaski g?odnych. Ai-sza, Ai-sza, dalej, Ai-sza! Twoje d?onie klaszcz? najg?o?niej. Dalej! Dalej! Trzymaj postaw?! R?ce do przodu. Wykrok! Nie poddajemy si?!


MATKA:

Odwa?ni ludzie si? nie poddaj?.


AISZA:

Na niebie gwiazda. W g?owie cel. D?? do niego. ?lepo i z uporem. Op?aci ci si?.


MATKA:

I mog?o tak być.


AISZA:

Bez wzgl?du na to, jak bardzo ci? boli? I jak b?dzie wygl?dać, kiedy padniesz na plecy? Z rozrzuconymi nogami, pobity i krwawi?cy? Z zakrwawionymi biodrami. Na deskach. Ja.


MATKA:

Mog?a? rozegrać ten mecz troch? m?drzej.


AISZA:

Mog?am. Mog?am te? znikn?ć. Nawet zacz??am ju? znikać. Stawać si? dymem. Ma?? zmarszczk? na niebie.


MATKA:

A potem uciek?a?.


AISZA:

Jak najdalej od swojego okrutnego, sytego i pyzatego pana. Swoja.


MATKA:

Wszystkich.


AISZA:

Swoja.


MATKA:

Wszystkich.


AISZA:

Swoja. Chocia? za ka?dym razem inne, w?skie ??ko. Inne, ale podobne, ow?osione ramiona. Wo? potu. Ale zawsze, prawie zawsze to samo ?wiat?o. Nie ma nikogo, kto my?li, ?e mnie ma. Kto chce mi odebrać mo?liwo?ć bycia, my?lenia i ?ycia. Nikogo poza tob?. My?la?a?, ?e co mo?emy zyskać dzi?ki temu g?upiemu, naiwnemu pomys?owi, ?e istnieje na tym ?wiecie kto?, kto chce być czyim? wybawc?? Nie istnieje. Nie bez twojej krwi w zamian.


PRZESZ?O?Ć MI?O?Ć


AISZA:

Mi-?o?ć. Wejd?. Rozgo?ć si?. Zdejmij buty. Chcesz si? czego? napić?

Mi-?o?ć. Podejd?. Dotknij mnie.

Mi-?o?ć. Zrelaksuj si?. Jestem dobra. Pomog? ci. Nie zrobi? nic, na co nie masz ochoty. Po prostu zrobi? wszystko za ciebie.

Mi-?o?ć. ?mia?o rozbrzmiewaj. Przecie? jeste?my sami. Nikt ci? nie s?yszy i nikt nie widzi. Ty i tak nie b?dziesz winien. Wina jest moja. Ja tu sprzedaj?. Ty nie masz z tym nic wsplnego.

Mi-?o?ć. Nie b?d? delikatny. Nie ma takiej potrzeby. B?d?, jaki zwykle jeste?. Dziwisz si?, ?e tak dobrze ci? znam? Kr?puje ci? to? Mnie nie. Wci?? udajesz? Daj, prosz? ci?. Wyjmij go. W?? go we mnie. Nie mw mi kocham ci?.

Mi-?o?ć. Uwolnij si?. Ja daj? ci mi?o?ć.


TERA?NIEJSZO?Ć WOLNO?Ć


AISZA:

Wolno?ć. Za wszelk? cen?. Jak to mo?liwe, ?e ty dalej tego nie rozumiesz? Pragn??am być sama, bez ciebie.


MATKA:

Dlaczego wi?c wrci?a? tamtego dnia?


AISZA:

Interesowa?o mnie, jak wygl?dasz, jak bardzo si? pogr??y?a?. Jaka jeste?, teraz, kiedy wszystkie twoje plany spe?z?y na niczym. Musz? przyznać, ?e by?am ciekawa.


PRZESZ?O?Ć MI?SO


Matka szoruje pod?og? szczotk?, ktr? moczy w wiadrze z wod?, jej r?ce chroni? r?kawice. Energicznie, w?ciekle.


AISZA:

Witaj moja noro. Witaj matko.


MATKA:

Aisza?!


AISZA:

Okoliczno?ci mnie do tego zmusi?y. Nie przysz?am tu rozmawiać. Chc? si? naje?ć i wyspać, a potem id?. Co tak ?mierdzi? Jakby co? skis?o. To ty?


MATKA:

Jakby? kiedykolwiek szorowa?a, to by? wiedzia?a.


AISZA:

Szorujesz i szorujesz, a nigdy nie jest czysto.


MATKA:

Wygl?dasz, jakby? si? mia?a rozpa?ć na kawa?ki.


AISZA:

A i owszem. Jak mia?abym si? nie rozpa?ć? Jestem mi?sem. Sczernia?ym, zgni?ym i zepsutym mi?sem. Produktem z ciebie. Krwi? z twojej krwi.

Kroisz i dzielisz na kawa?ki, ?ujesz i gryziesz, a p?niej trawisz i wzdychasz z ulg?.

Wszyscy mnie prbowali. Tak. Dok?adnie wszyscy, wk?adali swoje mi?so we mnie.


MATKA:

Zamilcz.


AISZA:

I by?o mi dobrze! Do tego przecie? zosta?am stworzona. By dawać swoje mi?so.


MATKA:

Dlaczego nie wrci?a? do domu?


AISZA:

Ja nie mam domu. Jestem mi?sem. Mi?-sem! Mi?-sem! Ku-puj-cie mi?-so!


MATKA:

Gdzie by?a? przez ca?y ten czas?


AISZA:

W mi?snym.


MATKA:

Sk?d tyle jadu?


AISZA:

Ty mi go da?a?. Dobry zawd. Sorry, mamo. Nigdy nie przysz?o mi do g?owy, by wrcić tu i zabrać ci? ze sob?. Przyklei?aby? wargi do moich uszu i klepa?a te swoje pacierze. Twoje zasady mojej gry.


MATKA:

Jaka? ty g?upia. Wszystko zaprzepa?ci?a?. I patrz, gdzie teraz jeste?. W tym samym miejscu. A wkrtce ju? nawet ?adna nie b?dziesz.


AISZA:

Widz?, gdzie jestem. I jeszcze jestem ?adna. Mog? odej?ć. A ty? Popatrz na siebie. Utkn??a?. Nawet szczury by uciek?y przed tob?. Przed ?akomstwem i g?odem, co ci wyzieraj? z oczu. Kogo ci jeszcze trzeba? B?dziesz umierać. J?czeć z blu, jak j?cza?a? przez ca?e ?ycie. I nikt ci nie pomo?e! Nikt ci? nie us?yszy! Nikt ci? ju? d?u?ej nie b?dzie chcia? s?uchać! Ju? nikomu nie b?dziesz rozkazywać, ty egoistyczna, nudna, zepsuta i z?a wied?mo!


MATKA traci kontrol? i wylewa AISZY na twarz wod? z wiadra.


TERA?NIEJSZO?Ć INNA


MATKA:

Wybacz mi.


AISZA:

Wybaczy?am ci. Teraz mnie masz. B?dziesz si? troszczyć o moje cia?o, dopki nie umrze.

Wypalona. Martwa. B?d? stawiać kroki powoli i ci??ko, bezsilna i ?lepa. B?d? s?uchać, jak ludzie mamrocz? na mj widok i jak unikaj? patrzenia na mnie. Jak przechodz? na drug? stron? ulicy, zakrywaj? r?kami oczy, zakrywaj? oczy swoim dzieciom. Kobieta ze spalon? twarz?. Nie patrz na ni?. Nie b?dziesz mg? spać. Zaczn? si? zastanawiać. Gdybym kiedy? zanurkowa?a r?k? we w?asnym ?o??dku, co bym tam znalaz?a?


MATKA:

Nie my?l o przesz?o?ci. Jutro...


AISZA:

Nie istnieje.

PRZYSZ?O?Ć TRZYSTA SZE?ĆDZIESI?T STOPNI CIEP?A


AISZA:

Pewnego dnia, kiedy si? znowu spotkamy, zapytasz mnie, czego chcia?am. Chcia?am ?yć. Szkoda te?, ?e si? wcze?niej nie spotkali?my. Moja wojna dobieg?a ju? ko?ca. Z?o?y?am bro?. Skiniesz g?ow?. Stanowczo. Spojrzysz mi prosto w oczy. Przytul? ci? ko?cist? r?k? do ju? s?abej piersi. Poca?ujesz mnie. Obejm? ci? dr??cymi, niezgrabnymi nogami, b?d? ci ?ciskać ?ebra, dopki mi nie uciekniesz. Nie b?dziesz si? nawet wyrywać. Moje wypalone oko b?dzie na ciebie patrzeć panicznie i b?agalnie. Zosta?, zosta?! Nawet si? nie poruszysz. Twoj? skwiercz?c? z podniecenia r?k? b?d? przesuwać po przeoranych, spalonych policzkach. Nawet nie j?kniesz z obrzydzenia. Znw ci? b?d? uwodzić i uwiod? ci?, b?d? ci? nagiego ca?ować, posiadać, kochać i nigdy ci? nie strac?.




Facebook! TwitThis