Drama se bavi temom drugog i drugačijeg kroz posesivni odnos majke i njezinog teško bolesnog sina. Sadašnji trenutak drame je proslava 25. rođendana sina tijekom kojeg sve traume izlaze na vidjelo.




GODINA: 2011. 

PREVODITELJICA: GABRIELA ABRASIEWICZ

AUTORSKA PRAVA: Sva prava pridrĹľana


 



MIA, 50 lat

BRANKO, jej syn, 25 lat

ROBERT, jej m??, 50 lat

DORIS, jej córka, 20 lat

ANA, jej matka, 70 lat

OLIVER, jej ojciec, 70 lat

RITA, jej siostra, 45 lat

MIHAEL, m?? Rity, 55 lat

SARA, przyjació?ka Doris i Branka, 25 lat

TIN, przyjaciel Doris, 28 lat




JEDEN

Ciemno?ć.

Przy stole siedzi Ana. Wie, ?e siedzi po ciemku, ale nie wie, dlaczego ?wiat?o jest zgaszone. Kiedy?, dawno temu, gdy siedzia?a przy stole, ?wiat?o by?o zapalone.


Wchodzi Mia. W r?ce ma reklamówk?, w której s? dwa jogurty. Jest zm?czona, chocia? si? nie ?pieszy?a. Powoli krz?ta si? po domu.

Zapala ?wiat?o. Patrzy, gdzie ?yje i, jeszcze bardziej zm?czona, siada obok swojej matki.


MIA: Znowu siedzia?a? po ciemku.

Cisza.


MIA: Nie zapalili ci ?wiat?a. Nie mog?a? znale?ć w??cznika?

Cisza.


MIA: Tu obok lodówki, tu si? zapala.

ANA: Oszcz?dzam.

MIA: To niedobrze, ?e siedzisz po ciemku.


Cisza.


MIA: Na dworze jest tak s?onecznie. Ulice pe?ne ludzi, wszyscy wyszli.


Cisza.

ANA: A gdzie Slavko? Dawno go nie widzia?am.

Cisza.

MIA: Umar?, mamo.

ANA: Umar?? Umar?. A Nevio?

MIA: Te? umar?. W zesz?ym roku, nie mog?a? i?ć na pogrzeb.

ANA: A Oliver?

MIA: ?yje.

ANA: Skurwysyn.

MIA: Mamo...

ANA: Za którego to ja w ko?cu wysz?am?

Cisza.

MIA: Za Olivera, mamo.

Ana milczy.

MIA: Przynios?am jogurt, chcesz?

Ana milczy.

MIA: Jeszcze nic dzi? nie jad?a?.

Ana milczy.

MIA: Zjedz chocia? jogurt, co? Jogurt?

Ana milczy.


MIA: No to wsta? i zrób par? kroków, mamo. Lekarz mówi?, ?e musisz chodzić. No ju?, b?dzie ci lepiej.


Ana wstaje i chodzi. Powoli.

Wchodzi Robert.


ROBERT: Dzie? dobry.


Cisza.


MIA: Przepraszam, ?e p?aka?am w nocy.


Cisza.


ROBERT: Kupi? gazet?.


Robert wychodzi i trzaska drzwiami.

ANA: Czy to by? Viktor?

MIA: Nie. To Robert, mój m??.

ANA: Skurwysyn.

MIA: Mamo...

ANA: A gdzie Viktor?

MIA: Umar?.

ANA: Umar?? Umar?. A Ante?

MIA: Umar?.

ANA: Goran?

MIA: Umar?.

ANA: To by? jaki? po?ar, czy co?

MIA: Nie, mamo. Po prostu jeste? stara. To wszystko.

Ana przypomina sobie, ?e jest stara.


MIA: No ju?, musisz chodzić. Tak mówi? lekarze. B?dzie ci lepiej.


Ana chodzi jak staruszka.

Wchodzi Doris.


DORIS:. Branko jeszcze ?pi?

MIA: Tak.

DORIS: Przynajmniej dzisiaj postaraj si? być mi?a.

MIA: Doris...

DORIS: Prosz? ci?, mamo. Gdzie tata?

MIA: Wyszed?.

DORIS: Id? go poszukać, potrzebuj? kasy.

MIA: A ?niadanie?


Cisza.


DORIS: ?niadanie?


?niadanie?


MIA: Tak, je?li masz ochot?? Jeste? g?odna?

DORIS: A co jest?


A co jest?

MIA: Jest jogurt.


Jogurt?


DORIS: Wypij? kaw? na mie?cie. Czekaj....

Doris podchodzi do matki. Dawno ju? nie by?a tak blisko matki.


DORIS: Masz tu ?piocha, w oku, czekaj.


Doris wyciera jej oko.


DORIS: Ju?.

MIA: Widocznie niedok?adnie si? umy?am.

DORIS: Teraz wszystko w porz?dku. A jak u mnie?

Mia patrzy jej w oczy.


MIA: Jest dobrze.

DORIS: ?adnie wygl?dam?


Cisza.


DORIS: No to teraz obie ?adnie wygl?damy. Wszystkie trzy. I Branko, oczywi?cie, i Branko. On ma naj?adniejsze oczy. Do zobaczenia. Na razie, babciu.


Wchodzi Oliver.


DORIS: Cze?ć, dziadku.

OLIVER: Cze?ć, ma?a.


Doris wychodzi.


MIA: Na razie.


Cisza.


OLIVER: Id? do biblioteki poczytać gazety.

MIA: Robert powiedzia?, ?e jakie? kupi.

OLIVER: To nic, wol? tam przeczytać, w spokoju.

ANA: Potrafisz czytać tylko w spokoju i czytasz powoli, bo jeste? g?upi.


Cisza.


OLIVER: Na razie.

MIA: Cze?ć, tato.


Oliver wychodzi.


ANA: Skurwysyn. O ma?y w?os za niego nie wysz?am.


Cisza.


MIA: Zm?czona?

ANA: Zm?czona?

MIA: Od chodzenia?
ANA: Nie.

MIA: Je?li si? zm?czysz, to usi?d?


Ana siada.

Mia i Ana siedz?. Przez chwil? nie wiadomo, która z nich jest starsza.

MIA: Powinien ju? wstać.

ANA: Niech ?pi.

MIA: Niech ?pi.


Cisza.


ANA: Niech si? tylko zakocha.

Milcz?.


MIA: Chcesz co? zje?ć? Nic jeszcze nie jad?a?.

ANA: Oszcz?dzam.


I siedz? tak przy pustym stole. Kiedy? ten stó? nie by? pusty. Jednak jaki? czas ludzie w tym domu nie s? g?odni. Albo po prostu nie maj? co je?ć.


Wje?d?a Branko na wózku inwalidzkim. Powoli.


BRANKO: Dzie? dobry.


Cisza.


MIA: Dzie? dobry!

BRANKO: Kto mi odstawi? wózek od ?ó?ka?


Cisza.


MIA: Nie wiem.

ANA: Mo?e to przeci?g odepchn???!


Cisza.


MIA: Nast?pnym razem krzyknij, pomog? ci. To ?aden problem.


Mia ca?uje Branka.


BRANKO: W radiu mówi?, ?e dzi? b?dzie ?adnie. Jak si? masz, babciu?

ANA: Tak sobie, jestem stara.

BRANKO: Mog?yby?cie otworzyć okna, ?eby wpad?o troch? s?o?ca.

MIA: Otworz?.


Cisza.


MIA: Chcesz jogurt?


Cisza.


BRANKO: Nie chc?.


Cisza.


ANA: Mama rodzi?a ci? ca?y dzie?.

MIA: By?e? upartym noworodkiem. Wyciska?am ci? z siebie, par?am, ale ty si? nie dawa?e?.

ANA: D?ugo na ciebie czekali?my.

MIA: Musia?am chodzić drobnymi kroczkami po szpitalu. Lekarze mówili: prosz? chodzić, musi si? pani otworzyć, prosz? chodzić. Trzeba chodzić.

ANA: By?e? pi?knym dzieciaczkiem. Szkoda.


Cisza.


BRANKO: Jad? do parku.

MIA: Odwie?ć ci??

BRANKO: Nie, sam pojad?. I otwórzcie okna.

MIA: Nie wychod? na s?o?ce!


Branko wyje?d?a wózkiem.

Przez jaki? czas Ana i Mia milcz?. Zapomnia?y o czym?. Mia przypomina sobie, wstaje nagle i dobiega do drzwi.

MIA: I wszystkiego najlepszego!


Branko jej nie us?ysza?.


Otwiera okno.


MIA: Wszystkiego najlepszego! Wszystkiego najlepszego!


Branko jej nie us?ysza?.


MIA: Pami?tam, jak go rodzi?am, jakby to by?o wczoraj, a dzi? ma dwadzie?cia pi?ć lat. Dwadzie?cia pi?ć to po?owa z pi?ćdziesi?ciu, a pi?ćdziesi?t to po?owa setki, a setka to ju? ca?a wieczno?ć. Tak mnie to wnerwia, ?e ta choroba spad?a w?a?nie na niego. Wci?? nie wiem, co mu kupić. Sporo zap?acili?my za ten nowy wózek. Gdyby Branko rozchorowa? si? w?a?nie teraz, to nie mia?abym problemu z wyborem prezentu. U?miechn??by si? i powiedzia? "dzi?kuj?, tego w?a?nie potrzebowa?em. Teraz mog? je?dzić po parku, wyzywać ludzi i karmić go??bie".


ANA: Niech szlag trafi te go??bie, im nogi niepotrzebne - skurwysyny maj? skrzyd?a.


Cisza.


MIA: No mamo, jeszcze par? kroków. Lekarz mówi?, ?e musisz chodzić. No ju?, to dla zdrowia.


Ana chodzi.

ANA: Niech si? tylko zakocha!


Rita i Mihael stoj? przed otwartymi drzwiami. Szepcz? i zagl?daj?. Rita trzyma w r?ce sznurek, do którego przywi?zane s? kolorowe balony.

RITA: Nie b?dziemy d?ugo siedzieć, dobra?

MIHAEL: Mo?e lepiej poczekam tutaj.

RITA: Tak nie mo?na, musimy z?o?yć ?yczenia, taka jest zasada. Nie b?dziemy d?ugo siedzieć, mówi? powa?nie. Wiem, ?e ci ci??ko. Kiedy powiedzia?am moim, ?e si? pobieramy, mama zwymiotowa?a. To co najmniej dziwne ogl?dać wymiociny w?asnej matki, wyplute kawa?ki mi?sa i ziemniaków.

MIHAEL: Nigdy mnie nie polubi?a.

RITA: Nigdy! Ona ci? wr?cz nienawidzi! Po co si? ok?amywać!? Jeste? doros?ym facetem, to nie jedyna, która ci? nie cierpi. Mój ojciec te? ci? nienawidzi. Ja by?am rozs?dn? dziewczyn?, a ty sprzedawc? w butiku.

MIHAEL: Na ?lubie mocno u?cisn?? mi d?o?.

RITA: By? wtedy pijany jak ?winia! Chod?my. Nie b?dziemy d?ugo siedzieć.

MIHAEL: Nie b?dziemy?

RITA: Nie b?dziemy.


Rita i Mihael bior? wdech i wchodz?.


RITA: Jeste?my!

MIHAEL: Nie ma ich.

RITA: Gdzie? si? chowaj?.

MIHAEL: Mo?e nie ma ich w domu.

RITA: Jest tu kto?? Czy jest kto? w tym domu? Luuuudzie? Gdzie jeste?cie? Luuuudzie?


Rita i Mihael zauwa?aj? Mi? i An?.


MIA: Dzie? dobry.


Cisza.


RITA: Dzie? dobry.

MIHAEL: Dzie? dobry.

MIA: Rita.

RITA: Mia.

MIA: ?wietnie, ?e akurat teraz do nas wst?pili?cie.

RITA: To dlatego, ?e po po?udniu mamy prac?.

MIA: Po po?udniu macie prac?.

MIHAEL: Nie zostaniemy d?ugo.


Cisza.


MIHAEL: Pani Ano, wygl?da pani z ka?dym dniem coraz m?odziej.

ANA: Nie pierdol.

RITA: Mamo... Znowu klniesz, co? A spójrz tylko na siebie, jak ?adnie wygl?dasz, niech no ci? uca?uj?!


Rita podchodzi do matki i ca?uje jej w?osy.


RITA: Jezu Chryste, kiedy ostatni raz my?a? w?osy!?

MIA: Daj spokój...

RITA: No chod?, mamo, pójdziemy ci? umyć.

ANA: Umy?am si?.

RITA: Nie w tym miesi?cu, mamo. Nie w tym.


Rita i Ana wychodz?. W r?kach trzymaj? balony.


MIA: Co to za praca po po?udniu?

MIHAEL: Niecierpi?ca zw?oki.

MIA: Nie chcecie zostać na przyj?ciu?

MIHAEL: Jeste?my zaj?ci.

MIA: Unikasz tego domu jak ognia, a kiedy ja obchodzi?am urodziny, przychodzi?e?, ?eby mnie ogl?dać, jak paraduj? w naj?adniejszych sukienkach z twojego butiku.

MIHAEL: Sporo czasu min??o.

MIA: Min??o, no i co? Niech mija, wszystko jedno. Czas p?ynie, bo musi. Nie mo?e stan?ć w miejscu, prawda?  Nie mo?e! Wci?? jestem atrakcyjna, wci?? u?miechaj? si? do mnie m??czy?ni na ulicy. Chyba si? zgodzisz, ?e wci?? jestem atrakcyjna?

MIHAEL: Z ka?dym dniem wygl?dasz coraz m?odziej.

MIA: Nie pierdol.


Cisza.

MIA: Musicie przyj?ć na popo?udniowe przyj?cie. Mój syn ko?czy 25 lat i trzeba to oblać.

MIHAEL: Spróbuj? namówić Rit?. Ostatnio jest zm?czona.

MIA: Ja te? jestem zm?czona. A? mi w uszach buczy ze zm?czenia. I ?mierdz?. Im bardziej si? starzej?, tym bardziej ?mierdz?. Tak jak ten dom – rozpada si? i gnije zamiast zamienić si? w muzeum.

MIHAEL: Namówi? j?, ?eby?my przyszli.


Cisza.


MIA: I powiedz swojemu synowi, ?eby zadzwoni? do Branka i z?o?y? mu ?yczenia.

MIHAEL: Ju? mu powiedzia?em.

MIA: Nie dzwoni?.

MIHAEL: Zadzwoni po po?udniu.

MIA: I jak mu tam?

MIHAEL: Nie?le sobie radzi.

MIA: Codziennie rozmawiacie?

MIHAEL: Tak.

MIA: To nie?atwo być tak daleko od domu.

MIHAEL: To jego wybór.

MIA: Ma dziewczyn??


Cisza.


MIHAEL: Ma. Nie pami?tam, jak si? nazywa.

MIA: Szybko je zmienia... No i niech zmienia, jest m?ody.

MIHAEL: Branko te? kogo? sobie znajdzie.


Cisza.

MIA: Tylko mu powiedz, ?eby zadzwoni?. W domu na przyj?ciu b?dzie za du?o starych ludzi, Branko powinien porozmawiać z kim? m?odym.

MIHAEL: Dobrze.


Rita i Ana wchodz? z balonami w r?ce.


RITA: Nie ma szamponu, wi?c umy?am jej tylko z?by.

MIA: Dobra, daj spokój.

RITA: Nie chcia?am powiedzieć, ?e o ni? nie dbasz. Nie chcia?am powiedzieć, ?e jeste? leniwa. Po prostu ?mierdzi. Jest stara, i tyle. ?wietnie si? ni? zajmujesz. Mamo, co dzi? jad?a??

ANA: Nic.

RITA: Mia, na lito?ć bosk?!

MIA: Kupi?am jej jogurt, nie chcia?a.

RITA: Mamo, musisz je?ć. Jeste? g?odna?

ANA: Jestem.

RITA: No widzisz. Daj mi jogurt, ja j? nakarmi?.


Mia daje Ricie jogurt.


RITA: Ten jest niedobry, to dla dzieci.

MIA: Tylko taki lubi.

RITA: Ona nie jest dzieckiem. Prawda, mamo? Nie jeste? dzieckiem.

ANA: Nie jestem. Jestem stara.


Cisza.

Rita karmi matk?, która nie jest dzieckiem.

RITA: Zapomnia?am o prezencie. Przynios?am tylko balony, kompletnie straci?am g?ow?. G?ow? mam jak ten balon, ten ró?owy... , Mihael, prezent jest w aucie, pójd? po niego.

MIA: Nie ma Branka.

RITA: Nie ma? A gdzie jest?

MIA: Pojecha? do parku.

RITA: Ach tak? Fajnie, ?e park jest tak blisko, ?adnie go urz?dzili, widzia?am jad?c samochodem. A w tym waszym parku te? si? wsz?dzie ruchaj?? W moim parku po 22:00 normalnie wszyscy si? ruchaj?, facet z facetem, kobieta z kobiet? i tradycyjnie, po prostu koszmar. Gdy rano wyprowadzam psa, to nie mog? go normalnie pu?cić, ?eby si? wysra?, bo od razu bierze w z?by kondom. A to niedobrze, trzeba si? chronić przed AIDS. Okropna choroba! Ale w ci?gu dnia jest ?adnie. To ?adny park. Na pewno fajnie jest tam stracić troch? czasu.

MIA: No w?a?nie.

RITA: Wszystko jedno, zostawimy mu prezent. Gdyby?my go teraz zawo?ali, to jecha?by tu tym swoim wózkiem przynajmniej pó? godziny. Ten wózek jest jaki? felerny! Rozmawia?am w?a?nie z synem, pytam, czemu nie koleguje si? z Brankiem, kiedy przyje?d?a. A on na to: mamo, lubi? Branka, ale ten jego wózek jest felerny. Niecierpliwy jestem, a ten jego wózek - felerny. I teraz wybieraj filmy, które graj? w kinach, gdzie nie ma schodów, szukaj restauracji, gdzie jest wystarczaj?co du?o miejsca mi?dzy sto?ami, a na koniec zamawiaj taksówk? i wk?adaj do niej ten wózek, przecie? to wszystko kosztuje!

MIA: Teraz ma lepszy wózek.

RITA: Wózek to wózek, po prostu ogranicza! Mój syn mówi: i jeszcze ci ludzie, którzy ca?y czas si? gapi?. Wiesz, ja te? si? przypatruj?, gdy kto? wygl?da jako? inaczej. Co w tym z?ego? To, co inne zawsze przyci?ga ludzk? uwag?. Wydaje mi si?, ?e by?o jako? ?atwiej, kiedy Branko chodzi? o kulach. Wtedy nie by?o wiadomo, czy z?ama? nog?, czy chodzi tylko troch? wolniej.

MIA: Ju? nie mo?e chodzić o kulach.

RITA: Dlatego mówi?, ?e szkoda! Ka?dy, kto go zobaczy? z tymi kulami, my?la? od razu, jaki ?adny ch?opak, biedak z?ama? nog?, ale b?dzie dobrze!


Cisza.


RITA: Mam nadziej?, ?e spodoba mu si? prezent. Wystawy s? pe?ne ró?nych rzeczy, ci??ko by?o wybrać. Mihael, id? do auta po prezent!

MIHAEL: Mo?e b?dzie lepiej, je?li przyjdziemy po po?udniu.

RITA: Mamy obowi?zki, nie mo?emy.

MIA: Przyj?cie jest po po?udniu.

RITA: Mamy obowi?zki niecierpi?ce zw?oki. Mihael, id?.

MIA: Mihael, zosta?.

RITA: Mia!

MIA: Rita!

MIHAEL: Nie k?óćcie si?.

ANA: Nie pierdol.


Cisza.

MIA: Przyj?cie jest po po?udniu i wy si? na nim pojawicie. Mój syn ko?czy 25 lat i b?dziecie przy nim, jasne?


Cisza.

RITA: No to b?dziemy si? musieli nie?le nagimnastykować, ?eby zd??yć na to przyj?cie. Mia?am i?ć z kotem do weterynarza, zrobi? si? leniwy w ci?gu ostatnich dni, boj? si?, ?e to co? powa?nego. Te zwierz?ta tak szybko zdychaj?, ich d?ugo?ć ?ycia przelicza si? inaczej, ale nigdy nie wiesz, czy nie wybi?a ju? ta godzina. Trzeba nam by?o kupić papug?, one ?yj? sto lat, ale nie mo?na trzymać papugi razem z kotem. A nawet je?li, kupisz papug? i co, je?li ci si? nie spodoba?  Co, je?li po dwudziestu latach dojdziesz do wniosku, ?e papuga ci si? nie podoba, nie podoba ci si?, kiedy gada, powtarza to, co us?ysza?a i co wtedy? Papugi nie odlatuj?, nie wylatuj? przez okno na wolno?ć. Dok?d mia?yby lecieć, przecie? nie ?yjemy w d?ungli!

MIA: Jestem pewna, ?e z kotem b?dzie wszystko w porz?dku.

RITA: No nie wiem, zobaczymy. By?oby szkoda, gdyby zdech?. Widzia?a? go, to pi?kna rasa, i ma takie trzy bia?e ?atki mi?dzy oczami. Je?li zdechnie, to ju? drugiego takiego nie znajd?. Musz? go zabrać rano do weterynarza, skoro mamy tu być po po?udniu. Jak d?ugo ?yj? kanarki? Mo?e we?miemy kanarka? Zielonego. Nigdy nie mia?am zielonego zwierz?tka.

MIHAEL: Mo?e jeszcze zaczekajmy.

RITA: No tak, niepowa?na jestem. Mo?e w ogóle nie zdechnie. Mo?e si? po prostu zm?czy?. Ja te?, jak si? zm?cz? to my?l?, ?e zaraz padn?, a wci?? ?yj?. Chod?my!


Rita i Mihael wstaj?.


MIHAEL: Do zobaczenia po po?udniu.

MIA: Do zobaczenia.

RITA: Mamo, do zobaczenia po po?udniu. (do Mii) Mamo, prosz? ci?, umyj si?.

MIA: Do widzenia.


Mihael i Rita wychodz?. Mia siada obok Any, która trzyma w r?ce p?k balonów.


MIA: Smakuje ci jogurt? Jeste? jeszcze g?odna?

ANA: Nie.

MIA: Na pewno?

ANA: Na pewno.

MIA: Ugotuj? zup? i pójd? kupić prezent.

ANA: Dobrze.

MIA: Rita schud?a, prawda?

ANA: Czy ja wiem.

MIA: Tak, schud?a, przecie? widać, nie udawaj. Fajnie wygl?da.

ANA: Tak.

MIA: Ten jej Mihael te? jest dobry. To mi?o, ?e potrafi? ze sob? wytrzymać.

ANA: Mi?o.

MIA: Wiem, ?e go nigdy nie lubi?a?.

ANA: Rita by?a przecie? rozs?dn? dziewczyn?.

MIA: A ja by?am ?adna, a teraz spójrz na mnie.

ANA: Dobrze jest.

MIA: Nic nie jest dobrze.

ANA: Jest, jest...

MIA: Nic nie jest dobrze.

ANA: Niech si? tylko zakocha.


Cisza.


MIA: Mamo, musisz chodzić, lekarz powiedzia?, ?e musisz chodzić. Lekarze mówi?, ?e wszyscy musimy chodzić. No wsta?, idziemy...


Mia i Ana, która trzyma w r?ku p?k balonów chodz?. Przez moment nie wiadomo, która z nich chodzi wolniej. I która jest matk?, a która córk?.


DWA


Sara i Branko siedz? obok siebie. Tylko ?e Sara siedzi na krze?le, a Branko na swoim wózku.

Cisza.

SARA: Dzi?ki, ?e dotrzymujesz mi towarzystwa, gdy czekam na twoj? siostr?.

Cisza.

SARA: Fajnie tak sobie czekać z tob?.


Cisza.


SARA: Wybacz, je?li za du?o mówi?.

Cisza.

SARA: Twoja siostra jest ?wietna. Tyle osób j? lubi, a mnie to tak ?rednio. Mo?e dlatego, ?e nie jestem taka ?adna jak ona.

Cisza.


SARA: No co? Nie jestem ?adna i jestem wystarczaj?co doros?a, ?eby to zrozumieć. To tak samo jak z tob?, siedzisz na wózku, bo nie mo?esz chodzić.

BRANKO: Jeste? ?adna.

SARA: A ty chodzisz! No widzisz, nie ma sensu k?amać. Tylko sobie nie my?l, ?e uwa?am si? za brzydul?. Nie, mam przecie? ?adne usta, jestem szczup?a, czasami, je?li spojrzysz pod pewnym k?tem, to nawet ?adnie wygl?dam. No, ale nie jestem wystarczaj?co ?adna, ?eby kto? mi powiedzia?, ?e jestem ?adna, a ju? na pewno nie jestem wystarczaj?co wysoka, ?ebym mog?a zostać modelk?. Tak jak ty nie chodzisz wystarczaj?co dobrze, ?eby si? obej?ć bez wózka, kuli czy laski.


Cisza.


SARA: Niektóre dziewczyny mog? być modelkami, a niektóre nie. Ka?da mo?e zostać lekark?, je?li si? du?o uczy, lubi krew, kas? i ratowanie ?ycia, ale niewiele da si? zrobić, je?li dziewczyna nie jest wystarczaj?co ?adna albo wysoka.


Cisza.


BRANKO: Doris powinna być zaraz gotowa.

SARA: Ja to zawsze wcze?niej obmy?lam, co na siebie w?o??. Dobrze mi w czarnym. To ciekawe, ?e mamy do wyboru tyle ró?nych kolorów, które mo?na odpowiednio dobierać i dzi?ki temu nasza twarz si? zmienia.


Czekaj?.


SARA: Nie masz wielu znajomych. To te? dziwne. Tyle razy wysy?a?am ci zaproszenie na fejsie, ale ty nie i nie. Tak niewielu ludzi jest przy tobie. Nie mo?emy być sami.

BRANKO: Kto tak powiedzia??

SARA: Nie mo?emy. Sk?d by? wiedzia?, kim jeste?, gdyby nie by?o przy tobie innych ludzi? Nie mo?esz sam sobie powiedzieć: dzie? dobry. Musisz powiedzieć komu?: dzie? dobry, bo je?li nie powiesz, to sk?d b?dziesz wiedzia?, ?e jest dzie??

BRANKO: Doris!

SARA: Nie pop?dzaj jej! No ju?, nic ju? nie mówi?.


Cisza.


SARA: Cisza jest taka mi?a.


Cisza.


SARA: Tak mi?o.


Cisza.


SARA: Dobra, powiem ci tylko jeszcze jedn? rzecz! Chc? tylko powiedzieć, ?e nie mo?emy być sami, ani wci?? milczeć, tak jak ty sobie tego ?yczysz! Tak nie mo?na! Dobra, mo?e mo?na, jako? nie specjalnie próbowa?am, nie jestem w tym zbyt dobra, ale po co nam s?owa, litery, usta, z?by, j?zyk i reszta, skoro niby mamy tylko milczeć!?

BRANKO: Doris!

SARA: Kogo by? wo?a?, gdyby? by? sam!?

BRANKO: Doris!

SARA: Chc? tylko, ?eby? ze mn? rozmawia?! Nie mo?emy być sami! Dla kogo istnia?yby kolory?! Kto by mnie ok?amywa?, ?e jestem ?adna, gdyby nie by?o innych ludzi!

BRANKO: Wtedy nie by?oby ?adnego i brzydkiego!


Cisza.


SARA: By?oby szkoda, gdyby nie by?o ?adnego.


Cisza.


BRANKO: Doris!


Wchodzi Doris.


BRANKO: Sara ju? tyle na ciebie czeka.

DORIS: Przepraszam, rozmawia?am przez telefon.

SARA: ?aden problem.

DORIS: Dzi? jego urodziny, zabawiaj go!

BRANKO: Doris!

DORIS: To ?adna tajemnica!

SARA: Nie wiedzia?am. No to musz? ci? poca?ować.


Sara ca?uje go w oba policzki. Niezdarnie. Ale d?ugo.


DORIS: Mój braciszek ma 25 lat. Kupi? ci fajny prezent, tylko nie zebra?am jeszcze wystarczaj?co du?o kasy, nie z?apa?am taty, od rana gdzie? biega. Saro, wiesz, kto do mnie zadzwoni??

SARA: Kto?

DORIS: Tin.

SARA: Tin!?

DORIS: Tak, kto? mu da? mój numer. Dasz wiar??

SARA: Nie pozwól, ?eby na ciebie czeka?!

DORIS: Przepraszam was, ale ja chyba jestem szcz??liwa. Jestem tak strasznie szcz??liwa i to w twoje urodziny. Przepraszam! Przepraszam!


Doris wychodzi. Chyba jest szcz??liwa.


SARA: Ja te? jestem szcz??liwa.

BRANKO: Dlaczego?

SARA: Bo wychodzi na randk?. Ci??ko jest dzi? znale?ć ch?opaka. A? si? roi od dziwnych typów. Czasami, kiedy id? przez miasto, to przy?apuj? ich na tym, jak gapi? si? na moje cycki. O, teraz ty na nie spojrza?e?, ale to dlatego, ?e o nich wspomnia?am. Ty jeste? inny. Mo?e dlatego, ?e tak du?o czasu sp?dzasz samotnie. Wi?kszo?ć facetów interesuje tylko seks. Seks jest ca?ym ?wiatem. Gdzie si? nie obejrzysz, kto? uprawia seks. W??czysz telewizor – uprawiaj? seks. Kupisz chleb – kto? uprawia seks. To troch? obrzydliwe – fuj – tyle seksu. Tylko troch? obrzydliwe. A z drugiej strony, bez tego si? nie da, prawda? Gdyby nie by?o seksu, nie by?oby dzieci, no i nie by?oby ?wiata, ani kuli ziemskiej. A z drugiej strony – fuj. Tak jak niektóre ma?e dzieci te? s? troch? fuj. I nasza kula ziemska te? jest troch? fuj. Nic ci nie kupi?am na urodziny!

BRANKO: Nie szkodzi.

SARA: Nie wiedzia?am! W przeciwnym razie co? bym kupi?a. Czemu mi nie powiedzia?e?? Tygodniami przychodz? do twojego domu i przesiaduj? z tob?, a nie powiedzia?e? mi nic o swoich urodzinach. Nie lubisz ich? Ja nie obchodz? urodzin. Chowam si? i wymy?lam jak?? chorob?. Niewiele osób pami?ta o moich urodzinach, wi?c jako? mi si? udaje. Urodziny mam zim?, kiedy szaleje grypa i ?atwo zachorować, a ja z moj? nisk? odporno?ci?..., tak ju? musi być ...

Cisza.


SARA: Tak mi przykro, ?e nic ci nie kupi?am.

BRANKO: W porz?dku.

SARA: Gdyby? by? na facebooku, wiedzia?abym, kiedy masz urodziny. I wtedy wys?a?abym ci ?yczenia z mnóstwem wykrzykników i lajkn??abym jak?? fotk?, na której jeste? sam. To mi zawsze poprawia nastrój.

Wchodzi Doris.


DORIS: On chce, ?eby?my si? spotkali za 15 minut! Kretynka ze mnie i to akurat w twoje urodziny, Branko. Wybacz mi, prosz? ci?. S?yszycie? Czekajcie, czekajcie, teraz! Motylki w brzuchu! Uderzaj? mocno, mocno, mocno. W?a?nie! Wybacz, kupi? ci prezent, znalaz?am cudowny prezent, tylko musz? z?apać tat?, ca?y dzie? gdzie? biega. Cudowny prezent!


Doris wychodzi.


SARA: Twoja siostra jest bardzo ?adna. Bardzo lubi? ?adnych ludzi, nic do nich nie mam. Niektórzy s? ?adni, inni mniej ?adni, a niektórzy w ogóle, tak to ju? jest. Twoja siostra mnie nie lubi, ale ja si? nie zniech?cam. Nawet naj?adniejsi ludzi czasami si? nudz? i potrzebuj? towarzystwa na wyj?cie do kina i na kaw? w czwartkowe deszczowe popo?udnie. Ci??ko jest być samemu, a cz?sto jeste?my sami. Zw?aszcza ty. A tak nie mo?na, mówi? ci! Wejd? na facebooka i zobaczysz miliony samotnych ludzi, którzy tylko otaczaj? si? innymi lud?mi, bo nie mog? być sami, chocia? s? samotni. I my w?a?nie tak dzielimy si? ze sob? rzeczami, my?lami, zdaniami, wszystkim, ?eby tylko pokazać, ?e ?yjemy. Chcesz, ?ebym ci wys?a?a zaproszenie do grona znajomych?

BRANKO: Nie trzeba.

SARA: Ale b?dzie ci l?ej?

BRANKO: Nie.


Cisza.


SARA: G?upio wysz?o, ?e ci nie kupi?am prezentu, ale nie wiedzia?am.

BRANKO: W porz?dku.


Wchodzi Doris. Wygl?da tak ?adnie, ?e inni czuj? si? nieswojo.

DORIS: Przepraszam was. Je?li zostan? tu jeszcze choćby sekund?, wszystkie motylki w moim brzuchu przestan? latać i spadn?, z?ami? kark i umr? na miejscu. Nie mog? dzi? zgin?ć, to w ko?cu twoje urodziny!


Doris wychodzi.


SARA: Nie powinnam zak?adać szaro?ci. Szary do mnie nie pasuje.

BRANKO: Na pewno nie chcesz czego? do picia?

SARA: Nie, dzi?ki. Jeste? taki kochany, a mi jest tak przykro, ?e dzi? twoje urodziny, a ja o tym nie wiedzia?am! Kupi?abym ci prezent, jaki? fajny prezent, ale nie wiedzia?am!

BRANKO: W porz?dku.


Cisza.


SARA: Daj mi r?k?.

BRANKO: Dlaczego?

SARA: Dlatego, ?e to nie w porz?dku, ?e nie przynios?am prezentu. Zamknij oczy.


Sara wk?ada r?k? Branka pod swoj? sukienk?.


BRANKO: Nie nosisz majtek.

SARA: To do mnie nie pasuje.

BRANKO: Nie boisz si??

SARA: To tylko twoja r?ka.

BRANKO: Nie boisz si? mnie?

SARA: Nie.

BRANKO: A teraz?

SARA: Troch?. Ale lubi? si? troch? bać. Tylko troszk?.

BRANKO: A teraz?

SARA: Tylko troszk?.


Branko cofa r?k?.


BRANKO: Dzi?kuj?.

SARA: Nie ma za co. Gdybym wiedzia?a, ?e masz urodziny, kupi?abym ci co? innego.


Cisza.


BRANKO: Musz? do toalety.

SARA: Branko? Powiedz mi jeszcze raz, ?e jestem ?adna.

BRANKO: Jeste? ?adna.

SARA: Dzi?kuj?.


Branko wyje?d?a z pokoju.


Mia i Robert stoj? przed drzwiami do w?asnego domu. Chocia? cz?sto o tym zapominaj?. Tak jak o tym, ?e s? m??em i ?on?.


MIA: Dopiero teraz wracasz do domu?

ROBERT: Zatrzyma?em si? troch? w mie?cie. A ty?

MIA: Biega?am po sklepach.

ROBERT: I?

MIA: Nic nie znalaz?am.

ROBERT: A mo?e jak?? koszul?? Albo buty.

MIA: Ma wystarczaj?co du?o koszul. I nie niszczy butów.


Cisza.


MIA: Mo?e masz racj?, mo?e buty...

ROBERT: Mia, prosz? ci?.

MIA: Nie, wszystko gra. Mam si? dobrze. Wizyta w butiku Mihaela nawet poprawi?a mi humor. Kupi?am sobie sukienk?. Pokazać ci j??

ROBERT: Zobacz? j? wieczorem.

MIA: Wieczorem s?abo widzisz i szybko zasypiasz. Pokazać ci j??

ROBERT: Nic dla niego nie znalaz?a??

MIA: Nic.


Cisza.


MIA: Mo?e przejdziesz si? ze mn? po mie?cie, wystawy s? pe?ne ró?nych rzeczy. To, ?e si? starzejemy, nie oznacza, ?e nie mo?emy trzymać si? za r?ce. Przynajmniej si? nawzajem przytrzymamy, gdy które? z nas si? potknie.

ROBERT: Jestem zm?czony.

MIA: Taki ?adny dzie?, nie musimy si? trzymać, tylko by si? nam r?ce niepotrzebnie poci?y. Prosz? ci?.

ROBERT: Ty zawsze lepiej wybiera?a? prezenty.

MIA: Na tych wystawach jest za du?o rzeczy, ju? nie umiem.

ROBERT: Masz tu jeszcze pieni?dze.

MIA: Ale prosz? ci?!


Robert daje jej bardzo du?o pieni?dzy i odchodzi.


MIA: Robert, poczekaj, Robert!


W pokoju pojawia si? Branko.


SARA: Kocham ci?!

BRANKO: Saro....

SARA: Ja pierdol?, kocham ci?!


Cisza.


SARA: Nie powinnam by?a tego mówić, wiem. Ale kocham ci?, tak w?a?nie jest, a ty rób, jak uwa?asz. Nie wiem, czy kocham ci? dlatego, ?e ci? kocham, czy jestem tylko zakochana w mi?o?ci, ale powiedzia?am, co powiedzia?am i tak ju? jest. Mog?abym ci? tulić ca?y dzie? i nic innego nie by?oby tak wa?ne. Kocham ci?, bo ci? kocham i troch? dlatego, ?e kocham mi?o?ć. Nie tuli?abym ci? zbyt mocno, tylko tak, ?eby ci by?o przyjemnie, ale robi?abym to bez przerwy. Wybacz, ?e ty mnie nie kochasz, a ja ciebie tak kocham.


Sara przytula Branka. Niezdarnie, ale nie wypuszcza go z obj?ć.

SARA: Kocham ci? te? dlatego, ?e ci? potrzebuj?. ?eby dni mija?y mi przyjemniej. I nie mówi? ci tego dlatego, ?e jestem egoistk?, tylko dlatego, ?e taki jest nasz ?wiat. Bez mi?o?ci nie da si? tu ?yć, nie da si?, próbowa?am.


Cisza.


SARA: Teraz si? tym zbytnio nie przejmuj. Ty te? mnie pokochasz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.

BRANKO: Saro...

SARA: Jak ci si? znudz?, przerwiemy to i odejd?! Obiecuj?! Ju? tyle osób mnie zostawi?o, wiem, jak o tobie zapomnieć! Trzeba tylko d?ugo chodzić po parkach, g??boko oddychać, nie my?leć o tobie, podrzeć wspólne zdj?cia i minie jaki? czas i znów wszystko b?dzie ze mn? w porz?dku.

BRANKO: Saro, ja...

SARA: Kocham ka?dy skrawek twojego cia?a, ka?dy jego ruch, ca?y twój zapach. Mówi? ci to wszystko, bo nie chc?, ?eby omin??o nas co?, co mo?e si? wydarzyć. Ju? nie! Wszyscy s? leniwi, nikomu si? nie chce zakochiwać, a ja w?a?nie chc? być w tobie zakochana i chc? krzyczeć: kocham ci?! No w?a?nie, teraz wiesz, ?e ci? kocham, a ty teraz rób, jak uwa?asz. Wróc? po po?udniu na przyj?cie urodzinowe. Na pewno jakie? b?dzie.

BRANKO: Saro...

SARA: Wiem, jestem troch? namolna, ale przyjd? po po?udniu do tego domu. Ludzie s? tacy wra?liwi w dniu swoich urodzin. Robi? si? wra?liwi, gdy si? starzej?. Bo gdy si? zestarzej?, to umieraj?. A przecie? ca?y czas si? starzejemy.

BRANKO: To b?dzie skromne przyj?cie.

SARA: Nie wypada robić wielkiego przyj?cia. Za?o?? b??kitn? sukienk?. Czasami ?adnie mi w niebieskim.

BRANKO: W porz?dku.

SARA: Dzi?kuj?.


Wchodzi Mia.

MIA: To ty, Saro. Przeszkodzi?am w czym??

SARA: W?a?nie wychodz?.

MIA: Spokojnie, tylko zostawi? t? now? sukienk? i id? znów na miasto, kupić prezent. I tylko powiem mojemu synowi, jak bardzo go kocham. Ca?y dzie? denerwuj? si?, ?e mu tego nie powiedzia?am. Kocham go tak bardzo, ?e mog?abym p?kn?ć, tak jak balony potrafi? p?kać z nadmiaru powietrza!

SARA: Mi?o s?yszeć, ?e mama kocha swoje dziecko. Ale troch? to smutne.

MIA: A co w tym smutnego?

SARA: No ten balon, co p?knie.


Cisza.


SARA: Id?. Przyjd? po po?udniu.

MIA: Po po?udniu?

SARA: Na przyj?cie urodzinowe! Do zobaczenia!

Sara odchodzi.


MIA: Nawet nie zaproponowa?am jej nic do picia. Tak ma?o ludzi tu przychodzi, ?e zapomnia?am. Czy ta ma?a ci si? naprzykrza?

BRANKO: Nie.

MIA: Nudna jak flaki z olejem. Jak chcesz, to powiem jej, ?eby nie przychodzi?a na urodziny.

BRANKO: Nie trzeba.

MIA: Dziwna jest. Gada i gada, strasznie dziwna.

BRANKO: Ludzie s? ró?ni.


Cisza.


MIA: Nie patrz na mnie takim wzrokiem. Mów, o co chodzi? Powiedzia?am co? nie tak? Chc? ci tylko powiedzieć, ?e mog? wywalić j? z domu, je?li ci przeszkadza.

BRANKO: Nie przeszkadza.

MIA: Na pewno? Mi nie przeszkadza, nie my?l sobie, ?e co? do niej mam, po prostu nie chc?, ?eby ci? denerwowa?a.

BRANKO: Nic takiego nie powiedzia?em.

MIA: Je?li ci si? podoba, to nie mam z tym problemu. Chc? powiedzieć, ?e by?oby fajnie, gdyby? mia? dziewczyn?, ale to niekoniecznie musi być ona. Wiem, jakie lubisz, wiem, jakie kupujesz czasopisma, nie musisz si? wstydzić, takie te? si? kiedy? trafi?. Jak zdecydujesz si? wyj?ć bardziej do ludzi, to na pewno sobie znajdziesz tak?, która zwraca uwag? na to, co mówi i jak si? zachowuje.


Cisza.


MIA: Je?li chcesz, ?eby mi si? podoba?a, to tak b?dzie.

Cisza.


MIA: Tak ci??ko si? z tob? rozmawia.

BRANKO: Nic nie powiedzia?em!

MIA: Szkoda, ?eby ci zepsu?a 25-te urodziny. Kiedy ja mia?am 25... Ju? nie pami?tam, to by?o tak dawno. A spójrz na siebie, masz... Ćwierć wieku! To du?o. Strasznie du?o. Czekaj, dzisiaj nie zrobili?my ci ani jednego zdj?cia! Musisz mieć jakie? na pami?tk?.


Mia wybiega po aparat fotograficzny. Branko nie lubi si? fotografować.


MIA: Mo?e zrobi? ci zdj?cie przy oknie!? No ju?, pomog? ci stan?ć obok okna. Mo?esz si? przytrzymać.

BRANKO: Mamo, jestem zm?czony.

MIA: No ju?, pomog? ci. Ale ?adne wyjdzie, wy?lemy zdj?cie wszystkim z rodziny. No, wsta?.

BRANKO: Zrób mi tu, jak siedz?.

MIA: Tylko jedno zdj?cie przy oknie, skoro jest taki pi?kny dzie?? Co roku robi? ci zdj?cie przy oknie, szkoda by?oby przerwać tradycj?.

BRANKO: Mamo, jestem zm?czony.


Cisza.


Mia robi mu zdj?cie.


BRANKO: Dobrze wyszed?em?


Mia sprawdza w aparacie.


MIA: No tak. Wpad?o ?wiat?o, wi?c za dobrze nie widać. Zrobimy jeszcze raz, jak b?dziesz siedzia? na kanapie i jad? tort, w?ród ludzi, ?eby by?o weselej.


Mia siada.

Wchodzi Ana.


ANA: Dobry wieczór.


Cisza.


MIA: Mamo, jeszcze nie wieczór. G?odna? Podgrzej? ci zup?.

ANA: Nie chc?.

MIA: Musisz, mamo, musisz.


Mia odchodzi.


ANA: Gdzie si? wszyscy podziali?

BRANKO: Jacy wszyscy?

ANA: Twoi przyjaciele.

BRANKO: Nie ma ich.

ANA: Sp?on?li w po?arze?

BRANKO: Nie, babciu. Ja nie jestem stary.

ANA: Nie jeste??

BRANKO: Ty jeste? stara.

ANA: No to gdzie twoi przyjaciele?

BRANKO: Im mniej ludzi wokó? mnie, tym lepiej mi si? chodzi.

ANA: Znów zapomnia?am, ?e nie chodzisz. Naprawd? szkoda, a mama tak d?ugo ci? rodzi?a.


Cisza dwójki ludzi, którzy s? sami.


ANA: By? taki jeden Viktor. Opowiada?am ci o nim?

BRANKO: Opowiada?a?.

ANA: Tak? Widz? go jak przez mg??. Nie wiem, czy go kocha?am, wszystko jest takie niewyra?ne. By? dobry, jak to si? mówi, w ?ó?ku.

BRANKO: Wiem.

ANA: Nie by? przystojny, by? z niego taki jaki? brzydal. Ale wiedzia?, co robić w ?ó?ku. Mia? silne r?ce. Ca?y czas trzyma? mnie w obj?ciach.

BRANKO: Wiem, babciu, opowiada?a?.

ANA: Tak, opowiada?am. Ale oprócz tego nic wi?cej nie wiem. Pami?tam tylko, jakie mia? silne r?ce i jak mnie trzyma?... Kocha?am go? Nie kocha?am? Wszystko zapomnia?am.

BRANKO: Kocha?a? go.

ANA: Tak my?lisz?

BRANKO: Bardzo go kocha?a?. Tylko o nim opowiadasz, od kiedy si? rozchorowa?a?.

ANA: I co jeszcze o nim opowiadam?

BRANKO: Jak zabiera? ci? w podró?e.

ANA: W podró?e? Gdzie mia?abym podró?ować?

BRANKO: Dooko?a ?wiata. Kupowa? ci futra, bi?uteri?. By? bogaty.

ANA: Co? ty!

BRANKO: Tak. I naprawd? bardzo go kocha?a?.

ANA: To cudowny cz?owiek, ten Viktor.

BRANKO: Tak.

ANA: ?ebym o nim tylko nie zapomnia?a. A gdzie on teraz jest?

BRANKO: Umar?.

ANA: Nie pierdol! Mocno p?aka?am?

BRANKO: Nie wiem.

ANA: Pewnie tak, skoro go tak bardzo kocha?am. Na pewno cierpia?am. Ca?e szcz??cie, ?e o tym zapomnia?am.

BRANKO: Gdyby si? tak da?o zapomnieć o urodzinach.

ANA: Da?oby si?. Ale ci wszyscy wko?o zawsze wszystko spieprz?, przypominaj? sobie. BRANKO: Przypominaj? sobie.


Cisza.


ANA: Branko, wiesz, ?e ja wiem, ?e ty mnie troch? ok?amujesz?

BRANKO: Wiem, babciu.

ANA: I wiesz, ?e ja wiem, ?e on nigdy nie zabiera? mnie w podró?e?

BRANKO: Wiem.

ANA: I wiesz, ?e ja wiem, za kogo wysz?am, chocia? kocha?am tylko Viktora.

BRANKO: Wiem.

ANA: Ale my wszyscy troch? udajemy.

BRANKO: Troch?.
ANA: Tylko troch?, ?eby nam by?o l?ej.

Cisza.


ANA: Wystarczy, ?e si? zakochasz!


Wchodzi Mia i stawia talerz z zup? przed An?.

BRANKO: Id? wzi?ć prysznic.

MIA: Ostro?nie, ?eby? si? nie po?lizn??. Wo?aj, je?li b?dziesz potrzebowa? pomocy.


Branko odchodzi.


MIA: Jedz, mamo.

ANA: Oszcz?dzam.

MIA: No ju?, prosz? ci?, nic nie jad?a?. Tutaj ju? nikt nic nie je. Jeste?my przecie? lud?mi, musimy je?ć. Jeste?my lud?mi, tak czy nie?


Cisza.


ANA: Niestety.


Cisza.


MIA: No ju?, prosz? ci?, jedz mamo. Chocia? ty co? zjedz.


Mia wybiega.


ANA: Wy??czy?a? gaz? Nie zapomnij, bo p?omie?... Tak niewiele trzeba, ?eby wybuch? po?ar. Diabelski po?ar i diabelski p?omie?, wszystko sp?onie!


Wchodzi Oliver.


OLIVER: Z kim rozmawiasz?


Ana rozgl?da si? wokó? siebie.


ANA: A co ci? to obchodzi.

OLIVER: Nikogo nie ma.

ANA: S?abo widzisz.

OLIVER: Uparta jeste?.

ANA: A id? w pizdu.

OLIVER: Prosz? ci?, nie klnij.

ANA: A ty id? w pizdu, kurwa twoja mać, skurwysynu jeden!


Cisza.


OLIVER: Wcze?niej nigdy tak nie kl??a?.

ANA: Nie wiem, nie pami?tam.

OLIVER: Ja pami?tam.

ANA: Mo?e mnie wtedy nie s?ysza?e?.


Cisza.


ANA: Zapominam. Dlatego kln?. Powiedzieli, ?e jestem chora, zgadza si?? Zapominam, wi?c zapomnia?am o tym, ?e nie kln?.

OLIVER: Widzisz, ?e ze mn? mo?esz te? grzecznie porozmawiać.

ANA: Mog?, jak mi si? zachce.

OLIVER: A gdzie s? wszyscy?

ANA: Wyszli.

OLIVER: Chcesz, ?ebym ci da? zupy?

ANA: Nie jestem g?odna.

OLIVER: No ju?, musisz zje?ć troch? zupy. Na pewno jest pyszna.


Oliver nalewa jej zup? do talerza z wazy, która stoi na stole.


ANA: Nie jestem g?odna. Nie chc?.


Ana nie chce zupy.


OLIVER: Prosz?, jeszcze ciep?a.

Ana nie chce zupy.


OLIVER: Nakarmi? ci?, ?y?ka po ?y?ce.


Ana nie chce zupy.


OLIVER: No ju?, stoi tu przed tob?, nie musz? ci? karmić. Prosz?, tu jest ?y?ka.


Ana próbuje chwycić ?y?k?, ale nie mo?e.

OLIVER: Prosz?, tu jest... We?.


Ana bierze ?y?k?. Nie trafia dobrze w talerz, brudzi si? zup?.

OLIVER: No ju?, daj mi.

ANA: Nie.

OLIVER: Pooblewa?a? si?, daj mi, prosz? ci?.

ANA: Nie!

OLIVER: Ale rozlewasz, poczekaj....

ANA: Zostaw mnie! Pu?ć!


Ana p?acze.

ANA: Id? do domu! Kto ci? tu zaprasza?! Wiem, jak si? je zup?! Id? do domu, skurwysynu! Zostaw mnie! Pozwól mi przynajmniej zje?ć jak cz?owiek!

Ana p?acze.


Cisza.


Oliver wychodzi. Cicho. Tak, ?e nic nie s?ychać i nic nie widać.


ANA: Co si? tak skradasz? Ja tylko zapominam, nie jestem ani g?ucha, ani ?lepa.

OLIVER: Nie chc? ci? niepokoić.

ANA: To choroba, Oliverze. Rozumiesz to, prawda?

OLIVER: Tak.

ANA: Wiem, ?e ci ci??ko. Mi te? nie jest lekko, gdy mnie tak denerwujesz, ale co mam zrobić? Jutro b?dzie ze mn? lepiej.

OLIVER: Nigdy nie wiadomo.

ANA: Przykro ci, Oliverze?

OLIVER: Z twojego powodu, bo chorujesz?

ANA: Nie, z twojego powodu, bo ?yjesz?

OLIVER: A co mam zrobić?

Cisza.


OLIVER: Przespaceruj? si? po parku. Wróc? pó?niej.

ANA: Dobrze, spaceruj.

OLIVER: Potrzebujesz czego??

ANA: To dziwne, ?e nic ju? nie wiem, nie wiem nawet, co wiedzia?am, a jednak nie wydaje mi si?, ?ebym kiedykolwiek us?ysza?a od ciebie to twoje – potrzebujesz czego??

OLIVER: Nie pami?tam.

ANA: Nie pami?tasz... Kto tu jest chory, Oliverze?

OLIVER: Id?.

ANA: Id?. Po prostu id?.


Oliver wychodzi.

ANA: Ale dobrze pami?tam, ?e wychodzisz, gdy jeste? potrzebny.


Wchodzi Mia ubrana w eleganck? sukienk?.

MIA: Znowu go zwyzywa?a??

ANA: Troch?.

MIA: Nie klnij tyle przy nim, strasznie mu wtedy przykro. Tyle razem przeszli?cie, tak nie wolno.

ANA: Co my takiego przeszli?my?

MIA: Prze?yli?cie razem wszystkie te lata.

ANA: Nie pami?tam ich.

MIA: Nie mog?a? ich zapomnieć.

ANA: Mo?e nie by?y takie wa?ne.

MIA: Mamo, by?a? z nim ca?e ?ycie!

ANA: Mo?e nie by?  nikim wa?nym.


Cisza.


MIA: No ju?, b?d? ju? teraz cicho, mamo! Lekarz te? tak mówi. Trzeba si? troch? wyciszyć. Lekarze mówi?, ?e to zdrowo. Dzi? jest jeden z tych dni, kiedy troch? bardziej zapominasz, ale jutro wszystko sobie przypomnisz. Wszystkie lata i pi?kne chwile, i za co kocha?a? tat?. Jutro si? wyja?ni, dlaczego jeste? z nim, a nie z Viktorem, Slavkiem, Ivanem, Igorem, Goranem.

ANA: Po?ary s? straszne.

MIA: Jutro wszystko si? wyja?ni, mamo. Teraz b?d? ju? cicho.


Cisza. Milcz?.


MIA: I musisz chodzić, mamo. Musisz chodzić.


Ana chodzi.


Wchodzi Robert.


ROBERT: ?adnie ci w niej.


Cisza.


MIA: Wróci?e?. Dzi?kuj?. Podoba ci si??

ROBERT: Tak.

MIA: Pami?tasz, jak pierwszy raz powiedzia?e? mi, ?e ?adnie mi w jakiej? sukience? Po prostu powiedzia?e?, co powiedzia?e? i zaci?gn??am ci? za gara?, no co, by?am ?adna i g?upia, nigdy nie trzeba by?o d?ugo zabiegać o moje wzgl?dy. ?atwo by?o być m?odym. Wszystko by?o przed nami. Wszystko wydawa?o si? mo?liwe. Wtedy nie wiedzieli?my, ?e to ju? wtedy by?a przysz?o?ć, a wszystko po tym jest przesz?o?ci?.

ROBERT: Bardzo ci? kocha?em.


Cisza.


ROBERT: Bardzo ci? kocham.

MIA: A ja chcia?abym tylko, ?eby? poszed? ze mn? po prezent.

ROBERT: Mam kup? roboty.

MIA: Denerwuj? si?. To urodziny naszego synka.

ROBERT: Wszystko wypadnie dobrze.

MIA: Jeszcze nie upiek?am tortu.

ROBERT: Jest wystarczaj?co du?o czasu.

MIA: Nie wiem, czy potrafi? być dla niego dobr? matk??

ROBERT: Mia...

MIA: Mo?e mniej ci? pragn?, ale o wiele bardziej ci? potrzebuj?. Prosz?, zosta? przy mnie. Nie zostawiaj mnie samej ca?ymi dniami. Wytrzymajmy jeszcze troch? i znów przyjdzie czas, gdy nie b?d? potrzebowa?a twojej mi?o?ci. Nie jestem z tob?, ?eby być szcz??liw?, tylko ?ebym ?atwiej radzi?a sobie ze swoim nieszcz??ciem.


Cisza.


MIA: Kochamy si? albo kochali?my si?, albo b?dziemy si? kochać, kto w ogóle wie, jak i kiedy si? to wszystko dzieje, ale potrzebuj? ci?, potrzebowa?am ci? i b?d? ci? potrzebowa?a. Jak si? czujesz? To ja, Mia. Jak si? czujesz? Powiedz mi...

ROBERT: Plecy mnie bol?.

MIA: Zrobi? ci masa?!


Robert siada. Mia go masuje. A mo?e go zabija. Trudno powiedzieć.


MIA: Lepiej?

ROBERT: Nie wiem. Boli mnie.

MIA: Tu?

ROBERT: Nie wiem. Teraz boli mnie bardziej.


Mia go masuje.


ANA: Przypomnia? mi si? Viktor. Gdzie Viktor?

MIA: Umar?, mamo.

ANA: Viktor dobrze masowa?. I by? dobry...

MIA: Wiem, mamo, w ?ó?ku.

ANA: Tak, w ?ó?ku. Kocha?am go.

MIA: Wiem, mamo. Daj nam spokój.

ROBERT: Boli!

ANA: A Nevio? A gdzie Nevio?

MIA: Te? umar?.

ANA: A Goran?

MIA: Umar?.

ANA: Slavko?

ROBERT: Boli!

MIA: Umar?, mamo. Wszyscy umarli.

ANA: A co, wybuch? jaki? po?ar?

MIA: Nie, mamo. Po prostu jeste? stara. (do Roberta) Lepiej?

ROBERT: Boli!

MIA: A teraz?

ROBERT: Zrobisz mi krzywd?, za bardzo uciskasz.

MIA: Musz? w ten sposób. Trzeba mocno uciskać!

ROBERT: Co? mi uszkodzisz.

ANA: A Viktor? Jeste? pewna, ?e umar??

MIA: Nie uszkodz?, wiem, co robi?. W?a?nie tak trzeba masować! Branka te? tak masuj?, lekarze pokazali mi, jak to si? robi!

ROBERT: Teraz jeszcze bardziej mnie boli! Przesta? ju?, prosz? ci?!

ANA: Mo?e nie umar?. Mo?e si? ukrywa.

MIA: Przejdzie. A teraz lepiej? Trzeba mocno, tak mi mówili lekarze!

ROBERT: Boli mnie.

ANA: Mo?e stanie w drzwiach i wtedy zobaczymy, ?e nie mieli?my racji. ?e to jedna wielka pomy?ka. No bo jak to inaczej wyja?nić? To umieranie i po?ary. I to wszystko, co si? rodzi? I te czasy, które w?a?nie nadesz?y?

MIA: A teraz? Lepiej?

ROBERT: Boli! Zostaw mnie w spokoju!


Mia go masuje. Chce mu pomóc. Przez chwil? wydaje si?, ?e go zabi?a.


S?ychać huk.


P?k? jeden z balonów, które przynios?a Rita. Nie wiadomo jak. Czasami po prostu p?kaj?. Z nadmiaru powietrza.


ANA: P?k?.


Cisza.


ROBERT: Id? na spacer do parku. Otwórzcie okna, niech tu wleci troch? powietrza.


Robert odchodzi.


MIA: Zm?czy?a? si?, mamo?

ANA: Czym?

MIA: Chodzeniem.

ANA: Nie.

MIA: Je?li jeste? zm?czona, to usi?d?.


Ana natychmiast siada. Mia siada obok niej. Siedz?.


ANA: Balony trzeba nadmuchiwać powoli, ?eby si? nie zm?czyć. Potem trzeba je dobrze zawi?zać. Ale, mimo wszystko, po jakim? czasie, powietrze powoli ucieka. Nie wiem, jak. Je?li nie wyleci, wtedy balon p?ka. No, tego nie zapomnia?am.


Cisza.


MIA: B?d? ju? cicho, mamo.


Cisza. Milcz?.


MIA: O, znów nic nie zjad?a?. Nie jeste? g?odna?

ANA: Oszcz?dzam.

MIA: Nie lubisz ju? zupy?

ANA: Zupy? Nie wiem.

MIA: Nie wiedzia?a?, ?e jest zupa?

ANA: Mo?e troch? zjem.

MIA: Przykro mi, ju? wystyg?a.

ANA: W ogóle nie jad?am.

MIA: Ju? podgrzewam.

ANA: Jaka to zupa?

MIA: Grzybowa.

ANA: Grzybowa?

MIA: Tak.

ANA: Nie lubi? grzybów.

MIA: Lubisz, mamo, lubisz.

ANA: Nie, nie lubi?.

MIA: Lubisz, tylko zapomnia?a?.

ANA: Tego nigdy bym nie zapomnia?a.

MIA: Zapominasz, jak ma na imi? twój m??, to i zapominasz, ?e lubisz zup? grzybow?.

ANA: Skurwysyn.

MIA: Co znowu?

ANA: Tak ma na imi? mój m??.


Cisza.


MIA: B?d? ju? cicho, mamo.


Milczy przez chwil?.


ANA: ?eby si? tylko zakochać!



TRZY


Mia przy stole. Wchodzi Doris. Zapala ?wiat?o. Patrzy, gdzie ?yje i zm?czona siada.

DORIS: Znowu siedzisz po ciemku.

MIA: Odpoczywam.

DORIS: To niedobrze, ?e siedzisz po ciemku.


Cisza.


DORIS: Gdzie s? wszyscy?

MIA: Biegaj? gdzie?.

DORIS: P?aka?a??


Doris wyciera jej rozmazany makija?. Przez chwil? nie wiadomo, która kobieta jest matk?, a która córk?.


MIA: Zostaw, ja sama.


Cisza.


MIA: Gdzie by?a??

DORIS: Posz?am na kaw? z takim jednym.

MIA: Dzi? urodziny Branka, mog?aby? z nim sp?dzić troch? czasu, nie jest mu ?atwo, wci?? tak siedzieć samemu. Masz zupe?nie pusto w tej swojej ?adnej g?ówce, ja by?am taka sama. Czujesz si? beztrosko, bawisz si?, a w ?yciu zawsze b?dziesz mia?a ?atwiej.

DORIS: Podoba mi si? ten ch?opak.


Cisza.


DORIS: Ma na imi? Tin.

Cisza.

DORIS: Jest bardzo przystojny.


Cisza.



Doris ma?ym palcem jednej r?ki dotyka przez chwil? d?o? drugiej r?ki.


DORIS: Siedzieli?my przy kawie i on dotkn?? mojej d?oni swoim ma?ym palcem. Krótko, na chwil?.

MIA: Co ci mam powiedzieć?

DORIS: Chc? tylko, ?eby? spróbowa?a cieszyć si? moim szcz??ciem.

Cisza.


MIA: Jakiego koloru ma w?osy?

DORIS: Wybacz.


Cisza.


MIA: Damy rad?, wiesz? Musz? jeszcze tylko przyzwyczaić si? do tej choroby i wtedy b?d? mog?a cieszyć si? razem z tob?.

DORIS: Wiem. Tylko troch? mi smutno. Zakochuj? si?, to dlatego. Boj? si?. To normalne, prawda? Jak mo?na si? nie bać czego?, co dopiero si? zaczyna? Kto wie, co z tego wyjdzie? Jak w moim ?yciu co? si? zaczyna, my?l? o Branku i ogarnia mnie strach, jak ta choroba wesz?a w niego niezapowiedziana, nikogo nie pyta?a, po prostu wesz?a. Tylko tego nie mog? zrozumieć, mamo, dlaczego ze wszystkich ludzi trafi?o w?a?nie na niego, dlaczego na te przepi?kne du?e, niebieskie oczy. Sk?d wiadomo, w kogo jeszcze wejdzie i jak wybierać ukochanych ludzi, którym mo?e przydarzyć si? co? tak nieoczekiwanego, okropnego i jak bardzo mog?oby nas to wszystko zaboleć? Wiem, ?e to nie pora, ani miejsce na zadawanie takich pyta?, ale có?.

MIA: W porz?dku. Spójrz, kupi?am sobie t? sukienk? i jestem weso?a. Z powodu sukienki. ?adnie mi w niej. Mihael da? mi zni?k?. I bon na kolejne zakupy. A organizuj? te? konkurs z nagrodami. Dopiero to wprowadzili. Mo?e co? wygram. Id? si? przebrać, ?eby nie ubrudzić sukienki. O niektóre rzeczy trzeba dbać i rozs?dnie z nich korzystać. Z sukienek, mi?o?ci, ?ez i reszty. No to id? do tego ch?opca. Wyjd? na powietrze.


Mia wypycha Doris na zewn?trz. Nie ma wystarczaj?co du?o powietrza dla nich dwóch.


DORIS: Ale mam jeszcze tyle pyta?! Chcia?abym tyle wiedzieć!

MIA: Po prostu id?! No ju?, wyjd?!

DORIS: Kiedy znów b?dziesz mog?a być moj? mam?? Polepszy ci si? kiedy?? Mamo? Mamo?

MIA: Id? do Tina, id?!


Mia zamyka drzwi za Doris.


Cisza.

Rita otwiera drzwi. Mierzy wzrokiem Mi?. Patrz? na siebie. S? siostrami, chocia? cz?sto o tym zapominaj?.


RITA: Cze?ć.

MIA: Cze?ć.


Cisza.


MIA: Usi?d?.


Siostry siadaj?.


RITA: Przysz?am wcze?niej.

MIA: ?adnie z twojej strony.

RITA: A tam. Pomóc ci w czym??

MIA: Nie trzeba, dzi?kuj?.

RITA: Rozstawić talerze?

MIA: Jeszcze nie ma tortu.

RITA: Nie ma?

MIA: Wyrzuci?am pierwszy. Teraz robi? nowy.

RITA: Chcia?am przynie?ć jaki?, ale dzisiaj jest tak ciep?o, ?e roztopi?by si? w takiej temperaturze.


Mia i Rita siedz? i milcz?.


RITA: Z kotem wszystko w porz?dku, nie ma raka.

MIA: Przepraszam, zapomnia?am, nawet nie zapyta?am.

RITA: Nie szkodzi. Nic si? nie sta?o. My?la?am, ?e zdechnie, ale nie. W marcu znów b?dzie szala?. Nie lubi? go wypuszczać na podwórze, ale b?d? musia?a. Trzeba go wypuszczać, niech sobie chocia? troch? pojebie.

MIA: A jak twój pies?

RITA: Dobrze. Niezbyt si? ucieszy?, ?e kot nie ma raka, ale có?, przyzwyczai si?.

MIA: No tak.


Cisza.


MIA: Czym przyjechali?cie?

RITA: Autem. Widzia?am wypadek, jeszcze ca?a dr??.

MIA: Kto? zgin???

RITA: Widzia?am tylko krew, strasznie du?o krwi. Jak si? tak zastanowić, auta s? bardzo niepewne, mog? jechać bardzo szybko i s? niebezpieczne, no bo na lito?ć bosk?, jak co? na ko?ach mo?e być pewne?! Co pewnego mo?e być w kole? Nawet ziemia nie jest stabilna, jest okr?g?a, wci?? jakie? trz?sienia. Kiedy? ziemia by?a p?aska, wtedy nie by?o aut i by?o o wiele bezpieczniej...

MIA: A gdzie twój m???

RITA: Poszed? zobaczyć, jak wygl?da nowy park.

MIA: Teraz, po remoncie, wygl?da naprawd? przyzwoicie.

RITA: Tak, mówi?a?. To ?wietnie, ?e go uprz?tn?li.

MIA: Tak.


Cisza.


RITA: Jako? tu cicho.

MIA: Poszli si? troch? zdrzemn?ć przed zabaw?, a Branko bierze prysznic.

RITA: Da rad? sam?

MIA: Tak.

RITA: To dobrze, ?e mo?e sam. Gdyby? musia?a go jeszcze trzymać, gdy bierze prysznic, to by zabra?o za du?o czasu. Dobrze, ?e drzwi do ?azienki s? szerokie i ca?e szcz??cie, ?e mo?e przejechać. I, jak si? tak zastanowić, to wielkie szcz??cie, ?e mieszkacie w du?ym domu z szerokimi drzwiami. Nie mo?esz spać?

MIA: Sko?czy?y mi si? tabletki.

RITA: Które bierzesz?

MIA: Valeral.

RITA: Nic niewarte. Odkry?am takie nowe, dopiero je wymy?lili, zamówi?am przez Internet, z Kanady, cudowne.


Rita otwiera torebk?, a z niej wysypuj? si? setki tabletek.


MIA: Mi?dzy tob? a Mihaelem wszystko dobrze?

RITA: Jako? leci.

MIA: Ciesz? si?.

RITA: Ach... tak.

MIA: ?adnie razem wygl?dacie. Nigdy wcze?niej tak ?adnie razem nie wygl?dali?cie.

RITA: Ostatnio przyty?, objada si?. Ja mu mówi?, przesta? si? ob?erać t?usta ?winio, ale mnie nie s?ucha.

MIA: To nieprawdopodobne, ?e jeste? m??atk?. Wszyscy byli?my przekonani, ?e nigdy nie wyjdziesz za m??.

RITA: Ja te?. By?am rozs?dna.

MIA: I brzydka. Ale rozs?dna i zdolna, w przeciwie?stwie do mnie.

RITA: Mog?am podró?ować po ca?ym ?wiecie, taka by?am ?ebska. I ambitna, tak bardzo, jak bardzo by?am brzydka.

MIA: To czemu wysz?a? za m???

RITA: Czemu wysz?am za ma?? Dlaczego mnie pytasz, czemu wysz?am za m??? Czasami pó?no w nocy ogl?dam jaki? film w telewizji o mumiach, okrutnych Chi?czykach, zombie i zaczynam si? bać. Wtedy id? do ?ó?ka i mocno przytulam si? do mojego m??a. W?a?nie dlatego wysz?am za m??.

MIA: Z powodu okrutnych Chi?czyków?

RITA: Nie wiem, mo?e to byli Japo?czycy.


Cisza.


MIA: Twój syn zadzwoni? po po?udniu. Rozmawia? z Brankiem.

RITA: Kazali?my mu zadzwonić.

MIA: To ?adnie z jego strony. Na pewno dobrze mu si? powodzi.

RITA: Dobrze.

MIA: Pracuje w innym mie?cie.

RITA: Pracuje.

MIA: Nosi garnitur i krawat.

RITA: Nosi.

MIA: I chodzi.

Cisza.


MIA: Mój Branko te? chodzi. Tylko troch? wolniej.

Cisza.


MIA: To dobre dziecko. A ja mu nawet nie zd??y?am zrobić tortu.


Cisza.


MIA: A ty masz m??a, który ogl?da parki. Masz te? dziecko, któremu si? powodzi. RITA: W nocy zadzwoni? do mnie mój synek. Dosta? podwy?k? i bilety na trzy wycieczki do egzotycznych krajów. Jest zdolny i ambitny, ma to po mnie. By? na wszystkich kontynentach, a jest jeszcze taki m?ody. Zadzwoni?, ?eby mi o tym powiedzieć, a ja nie wiedzia?am, jak mam zareagować. Nie wiem czemu nie ciesz? mnie ju? jego sukcesy.

MIA: Nie zapomnia? o tobie, Rita.

RITA: Wiem, ?e nie. To ja zapominam o nim. I to nie problem, ?e o nim zapominam, ale, ?e mi si? to tak podoba. Prasuje koszule lepiej ode mnie. Ma?y egoistyczny kretyn.

MIA: Dobre dziecko.

RITA: Sama nie wiem. Na szcz??cie mam psa i kota. Zwierz?ta s? mniejsze i sprawiaj? ci tyle rado?ci, dopóki nie zachoruj? na raka albo nie zdychaj?. Kanarek tak samo. My?l?, ?e kupi? jakiego? zielonego. Dzisiaj robi? porz?dne klatki, wi?c kot go nie zje, a nawet je?li, to trudno, kupi? nast?pnego - niebieskiego. Jeszcze nigdy nie mia?am ?adnego niebieskiego zwierz?tka. Doskonale dogaduj? si? ze zwierz?tami, wydaje mi si?, ?e to dlatego, ?e nie mówimy w tych samych j?zykach.

MIA: Musisz mi dać te kanadyjskie tabletki.

RITA: Jasne. Wydaj? olbrzymie sumy na lekarstwa. Gdybym to mog?a zast?pić modlitwami do Boga, to przynajmniej by?oby taniej. Ale nie wychodzi. Ty próbowa?a??

MIA: Jako? nigdy nie by?am do tego przekonana.


Cisza.

MIA: A wiesz co mi pomaga?

RITA: Co?

MIA: Po prostu, tu? przed za?ni?ciem, czasami, wyobra?am sobie, ?e mój syn chodzi. RITA: To urocze. Ja te? czasami wyobra?am sobie ró?ne rzeczy.


Cisza.


RITA: Mój syn jest peda?em. No, wreszcie to powiedzia?am.

Cisza.


MIA: Wszystko w porz?dku?

RITA: Tak. To nie jest prosta sprawa być homoseksualist?.

MIA: Nie jest.

RITA: A w pewnym momencie dochodz? do wniosku, ?e on przecie? nie jest jaki? nienormalny.


Cisza.


MIA: A Mihael?

RITA: Jeszcze mu nie powiedzia?am. Czekam, a? mnie wkurzy, ?ebym mu mog?a wykrzyczeć: twój syn jest peda?em, twój syn jest peda?em! Mo?e dostanie zawa?u i umrze, nigdy nie wiadomo.


Cisza.


MIA: Nigdy nic nie wiadomo.

RITA: Nic.


Dwie siostry si? rozumiej?.


Wchodzi Ana. Szuka czego?.


ANA: Nie wiem, gdzie moje futro, które mi kupi? Viktor?

RITA: Nigdy nie kupowa? ci futer.

ANA: Kupowa?. Branko mi tak powiedzia?. I zabiera? mnie w podró?e.

RITA: Przesta?, mamo. Chod?, niech ci? uca?uj?.


Rita ca?uje matk?.


ANA: A gdzie on teraz jest? Viktor?

MIA: Umar?.

ANA: Umar?? Umar?. By?am smutna?

MIA: Dopiero pó?niej, gdy si? dowiedzia?a?. Powiedzia?a?, ?e go zostawi?a?.

ANA: Zostawi?am? Dlaczego?

RITA: Wróci?a? do taty.

ANA: Po co mia?abym do niego wracać? Nie kocha?am taty.

MIA: Nie wiemy, mamo.

ANA: Po co mia?abym wracać? Kocha?am tylko Viktora.

MIA: Nie wiemy, mamo.

ANA: K?amiecie, ma?e suki, k?amiecie. A przecie? da?am wam wszystko!

MIA: Uspokój si?, mamo.

ANA: K?amiecie, ma?e suki, k?amiecie!

RITA: Zamknij si?, mamo! Od kiedy zachorowa?a?, ca?y czas gadasz o tym Viktorze! Przesta?! Jak my?lisz, czy to by by?a faktycznie taka mi?o?ć, gdyby nie umar?!? Gdzie ta mi?o?ć? Gdzie mieszka? Mi?o?ci!? Gdzie jeste?? Mi?o?ci!? Mi?o?ci!? Widzia?am j? raz w ?yciu w telewizji. Trwa?a 180 odcinków i koniec. ?lub g?ównych bohaterów i paf – zaciemnienie, koniec programu. Przesta? ju? gadać o tej mi?o?ci, mamo!

Cisza.


ANA: Ach, ?eby si? tylko zakochać!


Wchodzi Oliver.


ANA: Skurwysyn!


Ana wychodzi, a za ni? te? Rita.


OLIVER: Co si? sta?o?

MIA: Mama znów mówi o Viktorze.


Cisza.


OLIVER: Je?eli potrzebujecie pomocy?

MIA: Dajemy sobie rad?.


Cisza.


MIA: Tato, ?a?ujesz teraz, kiedy jeste? ju? stary i wkrótce umrzesz, czy ?a?ujesz, ?e si? o?eni?e? i stworzy?e? to wszystko wokó? nas?

Cisza.


MIA: Tato, to by?o pytanie. Czy ?a?ujesz, ?e to wszystko zrobi?e?? Czy ?a?ujesz, ?e si? o?eni?e? z mam?? Teraz, kiedy jest taka chora?

OLIVER: Jestem stary, nie wiem.


Cisza.


MIA: No ju?, mo?esz mi powiedzieć. Jeste? stary, ju? nied?ugo umrzesz, nikomu nie powtórz? tego, co powiedzia?e?. Powiedz mi, tato. Czy ?a?ujesz, ?e masz rodzin?, kiedy jeste? ju? stary i wkrótce umrzesz? Czy co? dla ciebie w ogóle znaczymy, my – skorupy wokó? ciebie, brzydkie i ?mierdz?ce? Czy to co? dla ciebie znaczy, kiedy jeste? ju? tak stary i ledwo ?yjesz?

OLIVER: Czego ty ode mnie chcesz?

MIA: Powiedz mi tylko, czy by?o warto!? Ile to jest dla ciebie warte, tato? To, ?e p?acz? z powodu Branka, to, ?e mnie boli? Czy tak powinno być, czy mo?e nie powinnam tak zam?czać si? bólem? Wszyscy umrzemy, tak jak ty, jeste? ju? stary, ledwo ?yjesz, a mo?e ju? nie ?yjesz, tylko nikomu nie powiedzia?e?, a ja , przez te wszystkie lata nie zdo?a?am si? niczego o tobie dowiedzieć, i nie uda mi si? to, bo umrzesz! Tato, czy warto ?yć?


Cisza. D?uga cisza. I wtedy Oliver wzrusza ramionami. Nie wie. Albo nie chce powiedzieć. Niektórych tajemnic nie mo?na zdradzać.

Mia zbli?a si? do niego i chwyta go za ramiona. Dotyka ramion swojego ojca, które kiedy? j? obejmowa?y.

MIA: O, przynajmniej ci? dotkn??am.

Cisza.


MIA: Chod?, znajdziemy ci jaki? krawat na przyj?cie.

OLIVER: To urodziny dwudziestopi?ciolatka.

MIA: Wszystko jedno. Chod?my...

Mia i Oliver wychodz?.

Wchodzi Branko. Patrzy, gdzie ?yje.

Podchodzi do niego Ana. Troch? p?aka?a.


ANA: Nie mog? znale?ć futra, które podarowa? mi Viktor.

BRANKO: Mo?e jest na strychu.

ANA: Nie mamy strychu.

BRANKO: Nie mamy strychu.


Cisza.


ANA: Tak, musi być na strychu.


Cisza.


ANA: Przed chwil? wszystko sobie przypomnia?am.

BRANKO: Co takiego?

ANA: Nie by?o ?adnego Viktora.


Cisza.


BRANKO: Nie do ko?ca sobie przypomnia?a?. Nie my?l ju? o tym. Opowiadasz tylko o Viktorze, od kiedy si? rozchorowa?a?. Jak mog?o go nie być, babciu?

ANA: Nigdy nie by?o Viktora. Wszystko sobie ubzdura?am.


Cisza.


ANA: Nie ma Viktora. Nigdy go nie by?o. Moje ?ycie by?o nudne, wi?c nie dziwota, ?e wszystko zapomnia?am. To ?ycie jako? si? toczy?o i toczy?o, a ja my?la?am, ?e mo?e w ko?cu co? si? wydarzy, ale nic si? nie wydarzy?o i wtedy zacz??am zmy?lać. K?ama?am jak naj?ta i zacz??am wszystko zapominać. Zapami?ta?am tylko to, co by?o k?amstwem. Bo te k?amstwa by?y najpi?kniejsze.


Cisza.


ANA: I Branko... Nie mów o tym Oliverowi.

Ana wychodzi.


Wchodzi Mia.


MIA: Co jest?

BRANKO: Nic. Babcia...

MIA: Dzisiaj ma gorszy dzie?.

BRANKO: Chyba tak.

MIA: Chcia?am ci powiedzieć, ?e je?li chcesz ze mn? porozmawiać, to wiedz, ?e mo?esz. Czuj? si?...dobrze. Znios? to. Chcia?am ci to tylko powiedzieć, ?eby? wiedzia?. Gdyby? czego potrzebowa?... I w ogóle. Kocham ci?.


Cisza.


MIA: Nie kupi?am ci jeszcze prezentu. Nie wiem ju?, co by? chcia?. Ro?niesz. I broda tak szybko ci ro?nie, codziennie musisz si? golić. Mo?e kupi? ci jak?? maszynk? elektryczn? albo co? w tym stylu? Lubi?, kiedy masz g?adk? twarz, jak pupa niemowl?cia.

BRANKO: Do?ć mi ju? kupi?a?.

MIA: Nie opowiadaj g?upot, takie wydatki to nie problem. Powiedz, co by? chcia?

BRANKO: Nic.

MIA: No ju?, nie b?d? taki skromny! Jeste? strasznie skromny, taki skromny, ?e a? doprowadzasz tym cz?owieka do sza?u. To twoje urodziny, musimy kupić prezent! Musimy pój?ć, zanim zamkn? sklepy, a zamkn? je dos?ownie za chwil?! Chcesz ze mn? pój?ć? Samemu co? wybrać?

BRANKO: Wiesz, ?e nie mog? tak szybko, b?dziesz si? ?pieszyć, sklepy s? otwarte jeszcze tylko pó? godziny.


Cisza.

MIA: Nie wiem, czy mam wystarczaj?co du?o talerzyków do tortu. Czy Sara przyjdzie?

BRANKO: Tak.

MIA: Mo?e nie b?dzie chcia?a tortu. A je?li b?dzie chcia?a, podamy jej na plastikowym.

BRANKO: Sara mnie kocha.


Cisza.


MIA: Ja mog? zje?ć z plastikowego.


Cisza.


BRANKO: Ja jej nie kocham.

MIA: No to nie b?dziemy ustawiać plastikowych talerzyków, nie b?dziemy cudować.

BRANKO: Ja jej nie kocham, a ona mnie kocha i to jest zupe?nie w porz?dku.

MIA: Co ty mówisz?

BRANKO: Musz? si? jeszcze nauczyć ?yć, mamo.

MIA: Zas?ugujesz na kogo? lepszego! Du?o lepszego!

Milcz?.


MIA: Nie patrz tak na mnie.


Cisza.


BRANKO: Mamo, wybacz mi, ?e nie mog? chodzić.


Cisza.


BRANKO: Nie mog? chodzić, nigdy ju? nie b?d? chodzić i taka jest prawda. To dosyć proste.


Cisza.


MIA: To wszystko dlatego, ?e jestem twoj? mam?! Twoja choroba jest te? moj? chorob?, tylko, ?e moja jest ci??sza, bo, w przeciwie?stwie do ciebie, ja chodz?.

BRANKO: Wiem.

MIA: Ale teraz du?o lepiej si? czuj?, mo?esz mi wierzyć. Na przyk?ad dzisiaj nie p?aka?am tak mocno. I ju? nie opowiadam s?siadom, ?e ty tylko chodzisz troch? wolniej! Widzisz, jak mi si? polepszy?o! Rano by?am w sklepie i powiedzia?am, ?e masz urodziny, a sprzedawca zapyta?, jak si? czujesz i odpowiedzia?am, ?e czujesz si? dobrze! ?e w ogóle nie chodzisz, ale czujesz si? dobrze! Nie, ?e ty chodzisz tylko troch? wolniej, tylko ?e w ogóle nie mo?esz chodzić. On spojrza? na mnie ze wspó?czuciem, ale ja by?am dumna, ?e mog?am to powiedzieć. Nie chodzisz! Je?dzisz na wózku!

BRANKO: Mamo...

MIA: Co!? Czy nie tego w?a?nie chcia?e? od momentu, kiedy zachorowa?e?? ?ebym to powiedzia?a? Wi?c powiedzia?am! I mówi? teraz: ty nie mo?esz chodzić! Mój syn nie chodzi! Jego nogi s? niesprawne! On nigdy nie b?dzie chodzić! I ja mog? to powiedzieć! O, powiedzia?am!


Cisza.


MIA: Wybacz.


Cisza.


BRANKO: Wszystko w porz?dku, mamo. Pomówmy teraz o czym? mi?ym. Opowiedz mi o moich drugich urodzinach, kiedy zacz??em chodzić.

MIA: By?e? takim ?adnym dzieckiem, takim ?adnym. Zrobi?e? pierwsze kroki tam, obok lodówki. Na pocz?tku ca?y czas si? przewraca?e? i natychmiast si? podnosi?e?. Troch? ci? podtrzymywa?am i puszcza?am, ale gdy tylko zorientowa?e? si?, ?e ci? nie trzymam, od razu upada?e?. I z czasem coraz rzadziej upada?e?, a ja nie musia?am ci? ju? podtrzymywać. Wtedy biega?e? i ucieka?e?, jak najdalej ode mnie.

BRANKO: A dwudzieste?

MIA: Zabra?am ci? do dyskoteki. Wszyscy si? na ciebie gapili, gdy próbowa?e? ta?czyć, a ja chcia?am tylko, ?eby? by? taki, jak inni, wi?c ta?czy?am z tob?.

BRANKO: A tort z migda?ami?

MIA: Gorzki tort. Migda?y powinny być gorzkawe. Nie by?am pewna, czy si? uda?. Kiedy chcia?am go spróbować, nie by?o ju? ani kawa?ka, ty wszystko zjad?e?. Tak mocno mnie kocha?e?.


Cisza.


MIA: Wiem, ?e musz? ci? pu?cić. Wiem.

BRANKO: Spokojnie, mamo. Bez nerwów. Podoba mi si? moje ?ycie, nie, ?ebym si? skar?y?. I nie przeszkadza mi, ?e jestem jaki jestem, przynajmniej wiem, ?e ?yj?. Podoba mi si? te? to, ?e Sara mnie kocha i to jest zupe?nie w porz?dku.


Cisza.


Mia nie ma si?y, ?eby cokolwiek powiedzieć.

Cisza.


Mia bierze aparat i fotografuje Branka.


BRANKO: Jak wyszed?em?

MIA: Jest dobrze. ?adne zdj?cie.


Wchodz? Oliver, Rita i Ana.


OLIVER: Nie nosi?em tego krawata ze trzydzie?ci lat!

RITA: Teraz znów s? takie modne. Widzia?am w czasopi?mie!

OLIVER: Wygl?dam ?miesznie.

RITA: Mamo, powiedz mu, ?e wygl?da dobrze!

ANA: Mówi?a? co? do mnie?

RITA: Tak. Jak wygl?da tata?

ANA: Dobrze.

RITA: No widzisz!

OLIVER: Skoro tak mówisz...

ANA: Milcz skurwysynu!


Wchodzi Robert.

ROBERT: Obudzili?cie mnie.


Wchodz? Doris i Sara.


DORIS: Ale tu ludzi. Ju? my?la?am, ?e si? spó?ni?am, na dworze jest dzisiaj tak pi?knie. SARA: Tak dzisiaj s?onecznie! Dzie? dobry wszystkim!

MIA: Ojej, ale ze mnie gapa, jeszcze nic nie przygotowa?am, a czas leci! Musimy zorganizować przyj?cie, nasz Branko ko?czy dzi? 25 lat!

DORIS: Niez?y wynik, braciszku, naprawd? niez?y!


Wszyscy rozbiegaj? si? po domu. Wszyscy chc?, ?eby dom, który si? rozpada, dzi? wygl?da? jak najlepiej. Do Mii podchodzi Robert.


ROBERT: Mia, nie powiedzia?em ci.

MIA: O czym?

ROBERT: Plecy przesta?y mnie boleć.


Wchodzi Mihael i podchodzi do Rity.


Rita zaczyna krzyczeć.


Wszyscy przestaj? sprz?tać dom, który si? rozpada.


RITA: Zdech? mój kot, niech to szlag! Zdech? mój kot, niech to szlag trafi, a powiedzieli, ?e kot ma 9 ?yć! A mo?e i mia?, mo?e umiera? powoli, a my tego nie zauwa?yli?my. Zdech?! A da?am mu wszystko. Zmienia?am ?wirek w kuwecie, dawa?am proteiny i inne drogie rzeczy i kot zdech?. Niech to szlag trafi, nawet na mnie nie czeka?, tylko tak niespodziewanie, i Mihael mnie o tym informuje. Dok?d to wszystko zmierza, wszyscy zdechniemy, wszyscy!

MIHAEL: Chcia? na ciebie poczekać.

RITA: Gdyby chcia?, to by poczeka?. G?upie kocisko!


Cisza.


RITA: Nic to! Trzeba pochować kota i kupić zielonego kanarka. Albo lepiej chomika? Jak d?ugo ?yje chomik? Co je, jak mocno przywi?zuje si? do cz?owieka i, oczywi?cie, ile kosztuje?

MIHAEL: W sumie do?ywa do kilku lat, tak mi si? wydaje.

RITA: Wystarczaj?co. Pomy?limy i zobaczymy rano. Szkoda, ?e nie mo?na kupić motyli. Te ma?e cwane gnojki ?yj? tylko jeden dzie?! Kto? - jeden, a kto? inny - tysi?c. Wszyscy w ko?cu zdychaj?.


Cisza.


MIA: Czas na zdj?cia. Robert, pstrykniemy jedno rodzinne.


Mia daje aparat Mihaelowi. Mia obejmuje Branka, który siedzi na wózku, a Robert obejmuje Mi?. Mia rozgl?da si? wokó?, jakby czego? jej brakowa?o i wtedy zauwa?a Doris.


MIA: Doris, chod? tu.


Doris podchodzi, ustawia si? i wtedy Mihael robi zdj?cie.


MIA: Jak wysz?o zdj?cie?

MIHAEL: Nie z?apa?em was wszystkich, ale wysz?o nie?le.

MIA: To dobrze.


Mia sprawdza w aparacie. Pozostali próbuj? zrobić wszystko, ?eby dom, który si? rozpada, wygl?da? troch? lepiej.












CZTERY


Sara, Branko, Tin i Doris siedz? i pij? drinki. Dom, który si? rozpada jest ozdobiony balonami. To koniec przyj?cia.


BRANKO: Tin, ile ty masz lat?

TIN: 28.

DORIS: W zesz?ym miesi?cu mia?e? urodziny, zgadza si??

TIN: Tak.

SARA: No tak, widzia?am na facebooku! Masz naprawd? du?o znajomych. Nie wrzuci?e? ?adnych zdj?ć z urodzin, robi?e? imprez??

TIN: Tak. W knajpie, tu, niedaleko. Spi?em si? tej nocy jak jeszcze nigdy w ?yciu. Masakra, wymiotowa?em, jak si? obudzi?em i jeszcze nast?pnego dnia... Ej, chcecie pój?ć do knajpy, jest jeszcze otwarta, a je?li zamkn?li, to znam w?a?ciciela i nam otworzy?

SARA: Mo?emy!
DORIS: Nie, lepiej zosta?my!

TIN: Dobra.


Cisza.


SARA: To genialne, ?e twoi zabrali si? o pó?nocy i zostawili nas samych.

TIN: S? ?mieszni.

DORIS: Za?o?? si?, ?e mama nas teraz pods?uchuje. Psst!


Doris wstaje i na palcach chodzi po domu, sprawdza, czy mama gdzie? si? nie schowa?a.


Sprawdza za drzwiami.


Sprawdza pod kanap?.


Sprawdza za lodówk?.


DORIS: Nie ma jej!


Cisza.


SARA: Kto? ma jeszcze ochot? na drinka?

TIN: Wasi starzy maj? niez?y gust, je?li chodzi o alkohol.

SARA: A wi?c, whiskey?

TIN: Tak, jeszcze jedn?.


Doris i Sara nalewaj? alkohol.


TIN: To jaki? zajebisty wózek, co nie?

BRANKO: Tak, jest niez?y. Wzgl?dnie nowy.

TIN: Mam jednego kumpla, który te? jest na wózku, na takie rzeczy trzeba wy?o?yć full kasy.

BRANKO: Tak, drogi jak cholera.

TIN: Ale jest niez?y. I nie?le wygl?da. Czekaj, niech zobacz?... Mog??


Tin pcha wózek Branka.


TIN: Super si? go prowadzi.

DORIS: We? daj spokój, Tin, ju? do?ć.

TIN: No co?

BRANKO: Ma porz?dne opony. Dosyć ?atwo si? nim kieruje.

TIN: Tak, naprawd? jest niez?y.

SARA: Ej, wiecie, czego potrzebujemy!?


Doris patrzy z zainteresowaniem.


SARA: Troch? muzyki! Mog??

DORIS: W??cz, co chcesz.


Sara odchodzi, ?eby w??czyć muzyk?.


TIN: To jest dobre, daj g?o?niej!


Sara wraca i siada Brankowi na kolana. Tin wstaje i prosi Doris do ta?ca.


DORIS: Nie, prosz? ci?, nie teraz.

TIN: No chod?, co ci jest?
DORIS: No nie wiem....

BRANKO: Id?, uwielbiasz ta?czyć, a teraz kiedy facet ci? prosi, to nie chcesz.


Doris czuje si? niezr?cznie.


DORIS: O bo?e, dajcie mi spokój, prosz? was.

TIN: Chyba si? nie wstydzisz?! Chod?...


Doris czuje si? bardzo niezr?cznie, ale wstaje i ta?czy.


DORIS: Tylko chwil?.


Doris i Tin ta?cz?.


Sara i Branko patrz? na nich.


Cisza.


Sara wstaje z kolan Branka i chwyta go za r?ce. Branko wstaje. Sara mocno go obejmuje.


Obj?cie.


Muzyka.


KONIEC



Przek?ad z j?zyka chorwackiego Moj sin samo malo sporije hoda:

Gabriela Abrasowicz




Facebook! TwitThis